Koniec kwarantanny

Zaraza została chwilowo odwołana. Niestety tylko w Kuby szkole. Dość, że oficjalnie zakończyliśmy obserwację i jutro panowie wracają do szkół.

Nie, żaden Sanepid się do nas nie pofatygował i w sumie mogliśmy się wszyscy pozarażać i w ogóle. Tak naprawdę nie wiemy, czy Kuba złapał wirusa, tylko nafaszerowani i pooklejani nie przechorowaliśmy (lub chorowaliśmy bezobjawowo), czy też nie.

Powrót chłopaków do szkół jest dla mnie sporym stresem, bo przecież przypadków COVID19 jest coraz więcej, a nie przeciwnie. W ogóle nie rozumiem tej dziwnej logiki: w marcu, kiedy było o wiele mnie zachorować, pozamykali wszystko i kazali nosić maseczki w szczerym polu, a teraz uznają, że jak się po dwudziestej drugiej zamknie knajpy, to wszyscy nabędziemy odporność stadną?

No może trochę przesadzam, ale temat jest dla mnie dość drażliwy. Drażniący. No wkurwia mnie, jak cholera.

Ale mój wkurw jest niczym w porównaniu do wkurwu Jakuba, więc w sumie nie ma o czym mówić.

Zatem panowie wracają do zajęć. Ja do rozdzielania witamin i Glutationu. Torby na wyjazd w góry rozpakowane. Madre mi uprzejmie wysyła co chwilę jakieś informacje odnośnie komunii Eve. Fejsbuk mi kolejny dzień przypomina, co robiliśmy dwa, trzy i cztery lata temu (mam dodać, że na zdjęciach jemy lody w Bramante albo szukamy domu Romea?). Piter spoczął na laurach i nie ruszyliśmy ani o centymetr z domem na wsi.

Przywieźli drewno na zimę.

© 2020, Jo.. All rights reserved.