Obiad niedzielny

Gdybyście myśleli, że z nudów wymyślamy sobie problemy, jak ten z Kuby transportem, to obawiam się, że nie. Znaczy: atrakcji nam życie dostarcza euforycznie.

W ostatni czwartek BB miał usuwaną drugą ósemkę. Z tymi jego ósemkami to było szczęście w nieszczęściu, bo syn dojrzał wreszcie do wyprostowania zębów i ortodonta odkrył, że mu ósemki rosną skosem niemal poziomym. Trzeba usunąć i to niezwłocznie, zanim trzeba będzie pruć dziąsła.

Z racji swojej specyfiki szykowały się dwa trudne zabiegi. BB w strachu ja tym bardziej – bo żeby ma dziecko niestety po mamusi, a ja swoją ósemkę przechodziłam dramatycznie.

No i mamy kardiologię oraz ZA na deser, więc sytuacja taka nieco bardziej wymagająca.

Na pierwszy rzut poszła „ta łatwiejsza” i to był horror, bo pan chirurg szczękowy nieco zlekceważył zarówno Aspergera, jak i nadwrażliwość sensoryczną. Hydroxyzyna nie zadziałała w ogóle (też mi surprise…), znieczulenie miejscowe było za słabe – resztę sobie sami dopowiedzcie.

Przy drugiej ósemce rodzice stanęli na wysokości zadania i pacjent został dostarczony na zabieg po oklejeniu nie wiem iloma plastrami LifeWave, jak również zaopatrzony w słuchawki przyczepione do muzyki, pan doktor nie oszczędzał tym razem na znieczuleniu, co razem dało efekt wielce zadowalający. Ósemka usunięta. BB żyje. Doktor też. Jedynie nasz portfel jakoś dziwnie schudł.

To był naprawdę trudny zabieg, więc wyobraźcie sobie moc LW, skoro BlueBoy następnego dnia był w stanie zjeść zupę, a na kolację dal radę makaronowi. Dwa dni po wcinał kanapki i kotlety. Opuchnięty jest solidnie, obolały jeszcze trochę, ale ja nie mogłam przez dwa tygodnie jeść łyżką, a na ketonalu forte leciałam ponad tydzień!

No i mamy tę chirurgię szczękową, transport Kuby, oraz powrót trucia o wyjazd do Włoch (nie, żeby chciał – po prostu nie było wyjazdu wakacyjnego w tym roku i mu się grafik nie zgadza…). Byliśmy wczoraj u fryzjera. I oczywiście natychmiast Kuba sobie przypomniał, że ten fryzjer był przekładany, bo wczoraj mieliśmy właśnie jechać do Włoch. Na tę nieszczęsną komunię, która najpierw miała być w maju, a potem w październiku. Rzecz jasna temat wrócił i to z całą mocą.

Ja jestem w dość słabej kondycji, więc na Kuby jęki nie byłam w stanie reagować jak Matka Teresa, to ciąg dalszy pozostawiam wyobraźni szanownego państwa.

Teoretycznie ratowały nas plany na niedzielę, albowiem w niedzielę mieliśmy jechać do Wygnanowa. Na piknik.

No i mamy sobotni wieczór. Deszcz. Noc z soboty na niedzielę. Deszcz i spadek temperatury. Rano już nawet Faretta przysłała wiadomość, że chyba powinniśmy zmienić plany, a ona zawsze jest pełna optymizmu, że jakoś to będzie i z pewnością przestanie padać…

No to jeszcze obiad. Niedzielny. Nie zrobiliśmy żadnych zakupów, wszystko pozamykane… Normalni ludzie idą w tej sytuacji do knajpy, ale my: po pierwsze: nie jesteśmy normalni, po drugie: w czasach zarazy jakoś niechętnie chodzimy po knajpach, a po trzecie: nie mamy pieniędzy. Już wczoraj Kuba robił sceny przy wybieraniu lodów, to ja bym osobiście nie ryzykowała dziś żadnego jedzenia na mieście…

Pogadałam z lodówką i zamrażarką. Zrobiliśmy zupę pomidorową, mielone z marchewką z groszkiem a na podwieczorek szarlotkę.

Bardziej domowo chyba się nie da…

Co podać do stołu, gdy przyjdą goście, a w domu nic nie ma?

„Świeżo upieczoną indyczkę pokrajać w plasterki, wyłożyć na półmisek, ubrać kaparami i sałatą z pomidorów. Funt łososia, trzy pudełka sardynek, szczupaka na zimno, pasztet ze zwierzyny i kilka śledzi marynowanych, zimne mięsa — rozłożyć na półmiskach i rozstawić na stole. Kilka butelek wódki i wina, trochę owoców, czarna kawa i likiery — i ta zaimprowizowana naprędce kolacyjka zadowoli najwybredniejsze gusta.”

W oparach absurdu, Antoni Słonimski, Julian Tuwim

© 2020, Jo.. All rights reserved.