Transport

Ostatnio jestem w nie najlepszej kondycji psychofizycznej, na co niewątpliwie ma wpływ niepewność jutra, czyli przyszłości po zakończeniu edukacji szkolnej przez moich synów. Jest jednak jedna rzecz, która sprawia, że ten ostatni rok jawi mi się niczym wybawienie.

Transport.

O transporcie, przysługującym uczniom z orzeczeniem o niepełnosprawności, mogłabym napisać epopeję. Gdybym przypadkiem nie miała nic ciekawszego do roboty. Ale spokojnie: ograniczę się do paru akapitów. Dla własnego zdrowia.

Wygląda to tak, że jeśli masz niepełnosprawne dziecko, możesz skorzystać z zapewnianego przez gminę/dzielnicę dowozu do szkoły. Transport jest bezpłatny, w wielu przypadkach w ogóle umożliwia uczęszczanie dziecku do szkoły i na tym kończą się jego zalety. Ponieważ nieustannie są z nim problemy.

Ja rozumiem, że nie jest to dowóz indywidualny, ale najwyraźniej przewoźnicy, którzy wygrali przetarg na wożenie uczniów, inaczej interpretują pojęcie „usługa”. Najczęściej nasze dzieci są dla nich balastem, niefortunnie przyczepionym do przelewu z Urzędu Miasta, a rodzice – wyjątkowo roszczeniowymi idiotami, domagającymi się dopasowania planów pana kierowcy do planu lekcji oraz zdecydowanie protestującymi przeciwko wożeniu ich dziecka przez dwie godziny po mieście. Tymczasem kwiatki, jak powyżej, są na porządku dziennym. Bo kierowcy wymyślają sobie, jak by tu najmniejszym kosztem zgarnąć pół Warszawy i nie jeździć po dwa razy, skoro można raz.

Że ucznia chcą zabierać przed szóstą rano, a odwozić koło dziewiętnastej, chociaż lekcje są między dziewiątą o piętnastą? Boh… Możecie państwo sobie sami jeździć… Że właśnie po raz kolejny transport ZAPOMNIAŁ odebrać Jakuba ze świetlicy i dzwonią do nas ze szkoły, że muszą tę szkołę zamknąć, a po Kubę nikt nie przyjechał? Ups… Że po całym dniu w szkole jeździ dwie godziny po Warszawie, bo mieszkamy na końcu świata i najpierw rozwożą wszystkich innych uczniów? No przecież mogła pani kupić sobie mieszkanie w bloku koło szkoły!

I kiedy tak kolejny tydzień wypełniamy telefonami i esemesami do właściciela firmy oraz zmieniających się kolejny raz kierowców, myślę sobie, że koniec szkoły ma jednak jakiś plus. Jeden. Głupi. Mały. Ale ma.

Nigdy więcej nie będziemy musieli się użerać z transportem.

© 2020, Jo.. All rights reserved.