Klęska urodzaju

Jak się nic nie dzieje, to można umrzeć z nudów. I na odwrót.

No i właśnie wczoraj było na odwrót. Łódź. Pabianice. Pstrągi. Urodziny Juliana. Brak lodów. Lody. Plany na najbliższy tydzień. Willa Alta. No i rocznica.

Ja to muszę rozbić na oddzielne wpisy, więc jeśli pozwolicie będzie po kolei.

Po sobotnich pracach polowych wstawało nam się wyjątkowo ciężko. Ale mus to mus: trzeba było pojechać do Łodzi i przewieźć Madre z miodem. Raz w roku w jej parafii jest święto pszczelarzy i miodowy kiermasz. A Madre ubolewała, że tam nie ma jak zaparkować, a ona przecież nie przytarga do domu zapasu miodu na rok (albo przynajmniej zimę) na nogach.

Plan był taki, że Madre idzie po miód, a my podjeżdżamy i pakujemy ją z zakupami do samochodu. Bez parkowania. Trzeba było tylko zgrać się w czasie, no bo jednak do Łodzi mamy półtorej godziny podróży. Mniej więcej w połowie drogi Madre zadzwoniła, że właśnie podjechała autkiem, zaparkowała, zakupiła i w zasadzie to już jest w domu.

Nie chcecie wiedzieć, jaką minę miał mój mąż. Ani tym bardziej, jakie słowa padły na naszym samochodzie.

Jak wspomniałam byliśmy w połowie drogi do Łodzi, na autostradzie, więc nie bardzo było jak zawrócić. W ramach opadu rąk zażyczyłam sobie wycieczkę do Pabianic. Do Parku Słowackiego. Ale jak już przyjechaliśmy na miejsce, to nogi same nas poniosły na wędrówkę śladami Przeszłości.

Planowaliśmy obiad w Sereczynie. I tam też go zjedliśmy. Głównie chodziło nam o ryby oraz naszą nadpobudliwą sukę.

Chyba powinnam tę wypowiedź nieco rozbudować…

Otóż nie chcieliśmy Luny zostawiać u Madre w domu, a że w planach mieliśmy spacery, to pojechaliśmy na nie wszyscy razem. Zatem i restauracja musiała być psolubna, a Sereczyn doskonale nam tu pasował. Zarówno ze względu na możliwość zabrania psa, jak i menu. Bo ja marzyłam o rybach!!! A nasi synowie niekoniecznie.

I kiedy wszystko wydawało się zmierzać do szczęśliwego zakończenia, Piter uznał, że tym razem nie weźmiemy lodów… Bo poprzednio po rybach (oraz kurczaku i karczku w sosie) poszliśmy jeszcze kupić lody. A u Jakuba wiadomo: raz znaczy zawsze.

Obawiam się, że on ma wiele wspólnego z Luną…

Nie pomogła Marlenka z Český film (no za cholerę nie wiem, jak tu zostawić oryginalny zapis i zastosować polską deklinację…). Nie pomogła obietnica pójścia na lody za tydzień, z Panią Małgosią. Było trucie.

Jezu, no ja wiem, że u niego trucie nie jest próbą dobicia nas, tylko wyraża zagubienie wobec wymyślonych przez siebie schematów… Tyle, że gdyby on normalnie powiedział: „Chcę jeszcze iść na lody.”, to byśmy na te lody poszli. A jemu się alarm włączył dopiero w samochodzie…

Chyba nikt nie będzie specjalnie zaskoczony, jeśli napiszę, że do domu wracaliśmy przez warszawskie Kabaty i niedawno odkrytą tam lodziarnię?

© 2020, Jo.. All rights reserved.