U ogrodnika

Obawiam się, że po dzisiejszej wyprawie na Ziemię Przodków możemy nie dotrwać w związku do dwudziestej rocznicy ślubu…

Było tak:

Jak już udało mi się wstać, a chłopakom spakować samochód, pojechaliśmy na włości. Głównie dlatego, że posadzenia (i to niezwłocznego) wymagały wykopane z Marcepanowego Ogrodu (oraz mojego balkonu) roślinki. Ale również gnał nas niepokój co do postawionego półtora miesiąca temu gazebo. Znaczy altanki z OBI. O altance było tu kilka lipcowo-sierpniowych wpisów, tu i Oberżynie, więc nie będę rozwijać tematu. Wstrzymam się też z opisem posadzonych uprzednio roślinek i przejdę od razu do relacji z dzisiaj.

Wyjechaliśmy z lekkim poślizgiem, który nam się nieco wydłużył, bo najpierw potomstwo musiało zjeść śniadanie (nie powiem gdzie, bo mi wstyd), a potem musieliśmy na chwilę zatrzymać się w Starej Papierni i kupić smycz dla Luny. Bo ktoś zapomniał zabrać.

Powrót do domu po smycz nie wchodził w grę (jeśli kiedyś kupicie i przeczytacie moją nieustannie powstającą książkę – będziecie wiedzieć dlaczego), a jazda dalej bez niej – tym bardziej. Trzeba było po drodze kupić nową.

Zatem jedziemy. Zupełnie jak na wakacjach: ekspresówka, po obu stronach lasy, pola i łąki, zjazdy do stacji paliw połączonych z miejscem do wypoczynku. Nawet kierunek się z miarę zgadza, bo jedziemy na południe!

Na Ziemię Przodków dojechaliśmy z pewnym czasowym poślizgiem. Gazebo stało nienaruszone. Kamień spadł nam z serc, zatem wyładowaliśmy przywieziony sprzęt i florę, uwiązaliśmy psa i dzieci i pojechaliśmy do pobliskiego ogrodnika. Dwie minuty jazdy samochodem.

I w tym miejscu kończy się rodzinna sielanka

dajcie mi chwilę, żebym przestała się śmiać

a zaczyna rodzinny dramat.

Albowiem zwariowałam. Też byście zwariowali, gdybyście porównali tamtejsze ceny z warszawskimi…

Za te zakupy, plus trzy doniczki, których tu nie widać, 2 wielkie worki ziemi i 5 kory, zapłaciłam tyle, ile w Warszawie wydałabym na trzy, góra cztery niewielkie iglaczki. Nadal ktoś się dziwi, że mnie trzeba było siłą od tego ogrodnika wyciągać?

Nie, no ale NAPRAWDĘ???

Piter nie dość, że nie protestował, to jeszcze na moje retoryczne i pełne rozterek: „Berberysy… Zielony i czerwony… Którego wziąć???”, odpowiadał: „Weź oba.”. A potem, już po powrocie na pole, robił mi wymówki, że niby przesadziłam.

No to ja uprzejmie przepraszam, ale zna mnie trzydzieści sześć lat. Od prawie dwudziestu jest moim mężem. Zawozi mnie do ogrodnika. Zachęca do oglądania i wybierania. Płaci bez jakiegokolwiek komentarza. I czego się niby spodziewa??? Że wezmę jedną paprotkę?!

© 2020, Jo.. All rights reserved.