11

9 września roku (a jakże!) 2009 napisałam pierwszy blogowy wpis. Właściwie dwa wpisy, bo nie mogąc się zdecydować na tematykę od razu założyłam dwa blogi: Ogrodową Książkę Kucharską i Dom na Wrzosowisku.

Rok temu przegapiłam dziesięciolecie blogowania, więc sobie teraz trochę uzupełnię.

Blog kulinarny pojawił się niejako z życiowej konieczności. Oraz przez Arletę.

Gubiłam się w karteczkach z przepisami, w wycinkach z gazet, we własnych segregatorach i zeszytach. Zapominałam o jakimś super daniu, a przepisu na inne nie mogłam za cholerę odnaleźć. I jakoś w tym czasie, kuzynka Pitera wyemigrowała i na emigracji zaczęła pisać świetnego bloga, na którym kiedyś zupełnym mimochodem rzuciła uwagę, że ktoś mógłby wreszcie uporządkować rodzinne przepisy.

Wprawdzie rodzinnych przepisów nie tknęłam, ale mnie tknęła inspiracja. No bo blog i przepisy – to mogłoby zadziałać.

Pierwszy blog kulinarny był tragiczny, drugi – powiedzmy, że lepszy, ale dopiero z trzeciego jestem w miarę zadowolona.

Natomiast Dom na Wrzosowisku pozostał w nierealizowalnej formie marzenia, na jakiś czas powołał do życia Leniwą Ogrodniczkę i umarł rzewnie opłakiwany, wraz z koncepcją zrobienia wiejskiej posiadłości w Wygnanowie.

Nałogowe blogowanie przerodziło się w książkę, przy której popełniłam chyba wszystkie możliwe błędy, raz na zawsze zniechęcając się do pomysłu zostania pisarką. Ale miało (i ma) też dobre strony.

Po pierwsze: ku utrapieniu czytelników, piszę i pisać chyba będę do końca życia, pocieszając się, że mimo wszystko jest to lepszy nałóg niż heroina. A taki codzienny trening umysłowy wobec odmóżdżającego siedzenia w domu od dwóch dekad jest bardzo wskazany.

Po drugie: uporządkowałam wreszcie te przepisy. A nawet wciągnęłam się w gotowanie, na pożytek moich domowników. Tylko z tą książką kucharską ciągle nie daję rady… Ale może to i lepiej? Co ja bym robiła nie mając żadnego nieosiągalnego celu?

No i last but not least: dzięki blogosferze poznałam ludzi, których nigdzie indziej bym nie spotkała!

Owszem, niektórzy mnie prawie do grobu wpędzili. Ale dzięki nim odkryłam obszary do przepracowania, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że bardzo przyczynili się do wielu zmian, jakie udało mi się wprowadzić we własnym życiu, więc w sumie powinnam być im wdzięczna.

A już z pewnością żywię ogromną wdzięczność dla Was: dotrzymujących mi towarzystwa na różnych blogowych dróżkach, którym zdarza się być i nudną autostradą, i krętą ścieżką.

Mam cichą nadzieję, że jak już przedrzemy się przez te wszystkie chaszcze i pokonamy kamienisty szlak przez górskie urwiska, naszym oczom ukaże się kwitnąca polana z widokiem na zachodzące nad spokojnym morzem słońce.

Czy coś podobnie skutecznie kojącego.

Warto mieć wtedy ze sobą koc piknikowy i butelkę dobrze schłodzonego Martini Prosecco 😛

© 2020, Jo.. All rights reserved.