Raport z pola bitwy

Na ogół o tej porze, moja droga Teściowa pytała, czy już odpoczęłam po wakacjach. Pewnie w tym roku by nie zapytała, bo wakacji to raczej nie mieliśmy, ale kto wie? Poza tym jak u psa Pawłowa włączył mi się automat – coś jak trauma w połowie listopada, że cholera jasna nie wstawiłam ciasta na piernik i pewnie już jest po ptakach – i sama sobie to pytanie prawie chciałam zadać.

Tymczasem ten piękny poniedziałek, rozpoczynający drugi tydzień ostatniego roku szkolnego, ten poniedziałek, który miał mnie kołysać oazą spokoju nad deską do prasowania, wyglądał zupełnie nie tak, jak powinien.

Zaczęłam po bożemu, znaczy od prasowania. Bo Kuba, dla którego zestawienie długich spodni z koszulką z krótkim rękawem jest zamachem na życie, nie miał już w czym chodzić. Ale dość szybko musiałam je porzucić na rzecz bloga BlueBoya.

Bo BlueBoy postanowił wziąć się do pracy, a do tego potrzebny był mu blog.

Najpierw strzelił umiarkowanego focha, że sam sobie poradzi. Jednak dość szybko uznał, że niekoniecznie i w ten oto sposób załapałam się na pracę zleconą.

Umówmy się: słabo trafił. Bo ja przecież nie umiem ustawić komentarzy na własnych blogach, żeby można było w nich zamieszczać linki… Jednak jako że z pomocą Tetryka udało nam się blog postawić, teraz trzeba było tylko dopasować szablon, żeby mój drogi syn mógł zacząć wypełniać go treścią.

Stanowczo uważam, że praca na zapleczu jest niedoceniana…

Nad głupimi trzema menu spędziłam pół dnia, usiłując zrozumieć, jak się wrzuca te cholerne odsyłacze i jak do nich dokleić kontakt… W końcu odpuściłam, nie mogąc zrobić tego tak, jak sobie wymyśliłam.

Potem wtyczki. Widgety. Dwie godziny rzeźbiłam w udostępnianiu. A potem przyszedł BB, rzucił okiem i powiedział: „OK”.

OK – rozumiecie??? Dwie głoski podsumowujące cały dzień pracy! No ja się zastrzelę…

W międzyczasie przyjechała Marianna, żeby mi podrzucić Wege Jamiego do przejrzenia (oraz próbki swojej przetwórczej działalności, które wymieniłam na słoik sałatki i ocet śliwkowy). Przy okazji zgadałyśmy się, że poprzedniego dnia zamówiła u BB ściereczkę do czyszczenia ekranów.

Myślicie, że BB był uprzejmy sprawdzić w magazynowym pudełku, czy przypadkiem nie mamy jakiejś w zapasie? Nie, no skąd?! Kazał mi zamówić!!!

Czy po wyjeździe Marianny odkryłam we wspomnianym pudełku DWIE ściereczki do ekranów?

ZGADNIJCIE

Zatem Marianna wróciła do domu bez leżącej spokojnie w pudełku ściereczki, a ja wróciłam do widgetów i wtyczek.

Z przerwą na wyjście z psem.

Oraz włączeniem w suszarce trybu „pierze/puch” – bo Piter tylko przełożył moją poduszkę z pralki, ale już nie wczytał się w instrukcje na suszarce.

Jak również z zaordynowaniem menu kolacyjnego, żeby panicze zdążyli na tenisa.

WOW!!! Pierwszy raz od dwustu lat nie było deszczu w poniedziałek!

Po czym szlifowałam automatyczne udostępnianie w social mediach. Ale mi nie wyszło, bo nie mogłam wejść z blueboyowego profilu. Zapomniałam hasła, które przedwczoraj sama mu wymyśliłam…

Przypomniałam sobie, że miałam dzisiaj dokończyć dżem malinowy. Tak, to oznacza przecieranie malin przez sitko.

Machnęłam zamówienie (nieuwzględniające ściereczki do ekranu) i zanim zdążyłam sobie przypomnieć, że nie mam na nie pieniędzy, dotarło do mnie, że przecież nie mam na jutro zupy dla chłopaków do szkoły!!!

Zabrakło włoszczyzny.

Piter pojechał z chłopakami na tenisa. Oraz po włoszczyznę.

Suka chciała zeżreć banana.

Albo cokolwiek.

POZA swoją karmą.

Pokłóciłam się z mężem, który wie lepiej. Zasadniczo wszystko. Tylko jakoś w praktyce nie wychodzi…

Nie udało mi się włączyć pierwszej lekcji z kursu.

Posłuchałam sobie Eweliny i zamarłam: od trzech dni nie wypełniam planera!!!

Wiecie co? Ja to wszystko chrzanię.

Idę spać

PS.
Z całego serca nie radzę się śmiać.

Pamiętacie Achmeda?

Oj, nie śmiać mi się tu ze mnie, bo

I’ll kill ya!!!

Achmed, the Dead Terrorist

© 2020, Jo.. All rights reserved.