Mów mi: MOLLY*.

Nie wiem jak u was wygląda koniec wakacji, ale u nas jest jakoś tak:

„Ile razy mam przypominać o drzwiach? No DRZWIACH!!! Trzeba je powycierać, zanim w tym kurzu będzie można sadzić ziemniaki! Tak, WSZYSTKIE.”

Słucham? Jaka pizza??? Widziałeś jak wygląda okno w jadalni??? No to najpierw niech się da przez to okno cokolwiek zobaczyć, a potem będziemy rozmawiać o pizzy.

Ty się prędzej potkniesz o to pudło, niż odniesiesz je do garażu, tak?

Czy któryś z was w ogóle zaglądał do ŁAZIENKI???
KTÓREJKOLWIEK???”

„SCHODY!!! Na litość boską… I podłogi na dole!!! Przecież tu jest pies, który ciągle sika!!!”

Nie, no jasne – ja mogę to wszystko sama zrobić, ale zastanówcie się, czy NAPRAWDĘ tego chcecie…”

Poza tym od kilku dni leżę i zdycham. Bo jak wstaję, to się przewracam. W tym kontekście głównie te schody są problematyczne, bo ja się upieram jeść na dole, a nie w łóżku. Nienawidzę jeść w łóżku. A poza tym ten dom wykazuje silne tendencje do zapaści, jak się go nie dogląda.

A tu jeszcze mąż przywiózł kolejne dwanaście kilo pomidorów i ostatnie chyba w tym sezonie wiśnie…

Dobra, jedźmy na tę pizzę. Jutro BB ma mieć usuwane ósemki, więc z jedzeniem będzie przez kilka dni problem…

Zresztą obawiam się, że nie tylko z jedzeniem…

*Molly Weasley (patrz: Harry Potter) – gospodyni domowa mająca fioła na punkcie porządków.
Z braku gnomów ogrodowych i ukrywających się w zasłonach bahanek musiałam zadowolić się sprzątaniem łazienek, myciem podłóg i odkurzaniem mebli. Znaczy: ZLECENIEM zrobienia tego przez moich synów. Nie wiem, co gorsze.

© 2020, Jo.. All rights reserved.