Antyprojekt

No i przedobrzyli…

Całe lato tłumy na plażach i szlakach górskich. Zatłoczone restauracje, w których o zachowaniu dystansu nikt nie słyszał. Przy tym wszystkim restrykcje w sklepach z kieckami wydają się dość śmieszne. Ale stało się: wzrost zachorowań. Zresztą nie tylko u nas: Włochy alarmują niewydolnością oddziałów intensywnej terapii. W tej sytuacji nie mieliśmy wyboru – trzeba było zrezygnować z planowanego na koniec września wyjazdu…

Po tych koszmarnie męczących miesiącach siedzenia w domu, decyzja o rezygnacji nie była łatwa. Możemy sobie pozwolić na jeden wyjazd w roku, więc jeśli chcieliśmy jesienią jechać do Włoch, musieliśmy zrezygnować z jakichkolwiek innych wakacyjnych wypadów. No i nic z tego.

Czyli mamy powrót epidemii i zbliżający się rok szkolny. Kuba nie daje nam żyć pytaniami o powrót do szkoły. BlueBoy wprawdzie rozumie całą sytuację, ale też chciałby wreszcie powrotu do znanego trybu funkcjonowania. I ja ich rozumiem, chociaż mam ogromne obawy. Bo w przypadku BB jakakolwiek choroba wirusowa jest zagrożeniem. Zresztą ja też nie bardzo się kwalifikuję do bezproblemowego chorowania.

WHO mówi o dwuletnim okresie opanowania COVID-19. Jest to jakiś KONKRET dla domagającego się konkretów Jakuba. Przyjął go do wiadomości, jedynie kilkanaście razy upewniając się, że mamy na myśli „trzydziesty pierwszy grudnia (sobota) dwa tysiące dwudziestego drugiego roku„. Na razie jest spokój. Znaczy: jeśli nie liczyć wybuchającej co chwilę histerii na punkcie powrotu do szkoły.

Ale ta cała sytuacja z siedzeniem przez tyle miesięcy w domu, powrotem wzrostu zakażeń, odwołaniem dwa razy wyjazdu, niepewnością, rujnującymi nerwy zamianami, niemożnością wyskoczenia choćby na weekend (bo albo ten weekend, albo Włochy jesienią) oraz idiotyczne fochy połowy rodziny, dały mi wiele do myślenia. A u mnie, wiadomo: pozwolić myśleć, to od razu trzeba się spodziewać decyzji.

Nie inaczej.

Na dwa lata zawieszam wszelkie plany wyjazdowe.

W tym czasie zajmiemy się Ziemią Przodków. A dokładniej: własnym letniskiem. Chociaż BlueBoy woli je nazwać posiadłością, co – biorąc pod uwagę gabaryty – jest dość zabawne.

Skoro wyjazdy są problematyczne, to skupmy się na czymś, co ma większe prawdopodobieństwo realizacji. Bo potrzebujemy jedynie pieniędzy. No i wykonawców, ale na tak małą inwestycję chyba uda nam się kogoś znaleźć. Moje rozumowanie jest proste: skoro nie wyjedziemy – będziemy mieć pieniądze, które wydalibyśmy na wyjazd. A za te pieniądze można krok po kroku coś zrobić. Jak zrobimy – będzie gdzie jeździć, bez względu na pandemię. A na dodatek: będziemy mieć konkretny cel, na którym można się skupić i którego realizacja dostarczy satysfakcji.

I proszę: najbardziej skomplikowane sytuacje mogą być takie proste!

Jeśli tylko właściwie się na nie spojrzy…

© 2020, Jo.. All rights reserved.