Wakacje?

Z tego wszystkiego przegapiłam połowę wakacji i teraz nie wiem: zawracamy, czy idziemy w stronę horyzontu?

O tym wszystkim może napiszę, ale jeszcze nie teraz. Na razie usiłuję się podnieść i może zejść wreszcie na dół, żeby zająć się jakąś konstruktywną pracą. Nie żebym była słaba w zarządzaniu zdalnym, ale moi wykonawcy mają niejako problem z realizacją. Nawet proste polecenia trzeba by im przedstawiać piktogramami, a ja słaba jestem w rysowaniu, więc nie można powiedzieć, że wszystko tu chodzi jak w szwajcarskim zegarku.

Zatem wakacje… Co robimy?

  1. Nudzimy się
  2. BlueBoy urządza awantury (codziennie)
  3. Ja zdycham

Zresztą w podnoszeniu mi ciśnienia BB nie jest osamotniony. Można by rzec: kultywuje rodzinne tradycje. I niestety ma tego świadomość, o czym świadczą tłumaczenia: „Mamo, ja nie chcę cię wkurzać, ale co można poradzić na geny?” (przy czym od razu samozachowawczo dodaje, że po dziadkach).

To go wyterapeutowałam… Nie ma co…

Wracając do wakacji:

Piter pracuje. I to jest koszmar, bo on po prostu cały dzień jest w robocie. Jak nam się udaje zjeść w miarę spokojnie kolację, to zapisujemy sobie tego dnia sukces. Do już i tak specyficznego trybu pracy zdalnej doszedł jeszcze sezon urlopowy i zastępstwa, więc oprócz własnych projektów wpadają mu cudze, co sprawia, że kilkucentymetrowa odległość biurka od łóżka bardzo się przydaje na koniec dnia.

Jeszcze BB zdarza się gdzieś wyjść z domu. A to podjedzie rowerem po zakupy, a to wyskoczy gdzieś w interesach… Nawet udało mu się ze dwa razy spotkać z dawno niewidzianymi koleżankami… Poza tym ma lekcje. Codziennie siedzi na webinarach, robi angielski, ćwiczy gitarę, czyta książki. Owszem, też gra na konsoli i dostaje szału podczas tych gier, ale nie ogranicza całej działalności do tego grania.

Natomiast Kuba siedzi w swoim pokoju i zarzyna komputer. Czasami przerzuca się na DVD. Ewentualnie uruchamia translator i słuchamy bardzo dziwnych tekstów tłumaczonych na dwanaście języków. Dlaczego dziwnych? Bo Jakub uwielbia zabawy słowem i jest mistrzem w tworzeniu językowych zagadek. Nie jestem pewna, czy translator za nim nadąża, bo w domu tylko mnie się to udaje. A ja jestem w tych słownych łamigłówkach naprawdę dobra.

Martwię się o niego, bo siedzenie w domu przed kompem i nakręcanie się jest najgorszą opcja z możliwych. Ale nie jestem w stanie niczego mu zaproponować.

Szukamy opcji. Jeśli nie jest za gorąco ani nie pada – rano chłopcy biorą rowery i jadą do RW. Pomyśleć, że jeszcze rok temu dostawałam zawału, kiedy sami wychodzili z domu… Ale prawda jest taka, że nie bez powodu. Akurat z rowerem jest OK, bo Kuba przyjmuje zwierzchnictwo brata i podporządkowuje się jego poleceniom, ale wiemy, że różnie z tym bywa, więc zawsze jest pewna doza niepewności.

Wieczorem wychodzimy na spacer. Pretekstem jest pies, bo inaczej ciężko by było ze względu na armię komarów grasującą w okolicy. W ramach odciągania Kuby od kompa reaktywowaliśmy kino domowe.

Dokończyliśmy Tolkiena wg Jacksona, a teraz mamy na tapecie Harrego Pottera. Wymaga to ode mnie nieprawdopodobnego poświęcenia i samozaparcia, bo nienawidzę dubbingowanych filmów (poza animacjami). A już jak Alan Rickman mówi do mnie nie swoim głosem, to tracę przytomność, bynajmniej nie ze wzruszenia. Ale Kuba ma problem z napisami i pytany o preferowaną wersję podaje lektora lub właśnie dubbing. Co robić? Trzeba się poświęcić.

Co jeszcze… Jeździmy na wieś. Może jeździmy to za dużo powiedziane, bo to były raptem dwie wycieczki w celu stawiania altanki, ale zawsze coś. Kuba miał dobry humor, chętnie pomagał, albo siedział sobie pod parasolem bardzo zadowolony. Bez żadnego jęczenia i protestów. Nawet sam dołączył do BlueBoya grabiącego z nudów uschnięte chwasty, więc jest szansa, że mu się tam spodoba.

To Jakubowe podobanie się jest bardzo ważne, a niestety nie da rady dowiedzieć się, co myśli o koncepcji letniska na Ziemi Przodków. Chociaż jest nadzieja, bo ostatnio chłopcy zapytani o Wygnanów i Ziemię Przodków, niespodziewanie wypowiedzieli się korzystnie na temat tej drugiej, czym wprawili mnie w pełen kiełkującej nadziei zachwyt.

O Wygnanowie napiszę, myślę że za jakieś dwa tygodnie. Nie będzie to wpis radosny, więc dajcie mi spokojnie się za niego zabrać.

Miało być nieco inaczej: wyjazdy do rodziny i w ogóle. Ale jak zwykle w tej rodzinie musiało dupnąć, więc i dupnęło. W roli głównego foch-mana wystąpił tym razem Tatui, rujnując nam plany, ale może i lepiej. Ja już mam serdecznie dość tego ciągłego nieliczenia się z nikim i odreagowywania na otoczeniu własnych frustracji. 50 lat przeżyłam nieustannie patrząc, z której strony oberwę i wystarczy. A już z pewnością nie pozwolę, żeby tego samego doświadczali teraz moi synowie.

Tak, brak własnego letniska jest dla nas w tym roku bardzo dokuczliwy. Z drugiej jednak strony siedzenie we własnym domu nie jest chyba taką najgorszą alternatywą? Wyłączywszy ten komputerowy stymulator, rzecz jasna…

Oszaleć można, prawda?

© 2020, Jo.. All rights reserved.