Żaby wdzięczności

Co wieczór robię z BlueBoyem dziennik mindfulness. Początkowo miało to być długoterminowe ćwiczenie na percepcję, na czytanie ze zrozumieniem i jakąś interpretację, a wyszło nam interesująca podróż w głąb samych siebie… Dla mnie to takie przedłużenie kursu Eweliny Stępnickiej. Dla młodego: wyjście poza dotychczasowe schematy myśleniowe.

Jednym z najważniejszych elementów jest wdzięczność. O wdzięczności kilka razy już tu pisałam, więc tak w skrócie jedynie przypomnę, że niekoniecznie musi się ona nazywać wdzięcznością i być skierowana do konkretnego adresata. Oczywiście można być wdzięcznym konkretnej osobie za konkretną rzecz, ale ważne jest takie ogólne uczucie wdzięczności za to, czego doświadczamy. Jak ktoś chce, może dziękować Bogu czy tam innym siłom nadprzyrodzonym. Ja po prostu szukam powodów do wdzięczności tak w ogóle. I często nazywam ją zwyczajnie PLUSami.

Zresztą to dość ciekawe, bo jak zapytałam Pitera, za co jest wdzięczny, to w odpowiedzi podał te same rzeczy, które mam na swojej liście, więc może jednak dobrze się dobraliśmy 😀

No i tak kiedy dzisiaj w nocy znowu umierałam, to zamiast pisać testament (po cholerę komu mój testament, skoro wszystko biorą chłopaki?), zastanawiałam się na tymi PLUSami… Bo naprawdę rodzina tak mi dopiekła, że mrok mnie otaczał i woń znad bagien, a nie świecące jednorożce. Czekolada się skończyła, pić nie mogę jak mi serce wysiada i ładuję jeden za drugim betablokery, mantra, że mogłoby być gorzej nie działa…

Nawet mój standardowy zestaw, że dom, że dzieci, że mąż słabo mi ćwierkał.

No i wtedy ja sobie wyobraziłam tę wersalską fontannę na polu pod Lublinem, obsiedzianą przez polujące na zalęgnięte w niej żaby bociany… I minę Stryjenki…

Powiem wam: zawsze jest coś, dla ujrzenia czego warto żyć.

Zawsze.

© 2020, Jo.. All rights reserved.