Altanka. Part One.

SOBOTA

Ja tego dłużej nie wytrzymam. Mając dwa pola, na których teoretycznie mogłoby być letnisko, siedzimy latem w domu. Za oknem budowa. Spać nie można. W dzień upał. Wyjść nie można. Albo leje. No to też słabo.

Tam mi krzewy usychają. Pojechać nie można, bo patelnia. Nie ma gdzie posiedzieć. Nie ma cienia. Wody nie ma. Pieniędzy nie ma.

JA
CHCĘ
MIEĆ
TO
CHOLERNE
LETNISKO

NIEDZIELA

Wymyśliłam.

Kupimy cztery słupki w OBI. Z kotwami. Zacieniuje się siatką ogrodniczą.

Po śniadaniu zmusiłam chłopaków do kursu do OBI. Wprawdzie niedziela to zamknięte, ale na zewnątrz jest przecież ekspozycja ogrodowa. Popatrzymy.

Popatrzyliśmy. Głównie na wystawione altanki. Jedna wydała się dość prosta do samodzielnego złożenia… Cena też taka… do ewentualnego przełknięcia…

Tylko nie mamy jak tego wszystkiego przewieźć. No i montaż… Tam nie ma prądu… A my nie mamy akumulatorowej wkrętarki…

PONIEDZIAŁEK

Piter dzwonił do brata. Jest możliwość pożyczenia sprzętu.

Zamówił również w lubelskim OBI altankę.

Czy ja się powinnam zacząć niepokoić?

WTOREK

„Pańskie zamówienie zostało anulowane z powodu braku towaru.”

ALE JAK TO???

Piter dzwoni do Lublina. „Nieee, no spoookooo… System wyrzuca automatycznie, ale pana altanka jedzie do nas z Rzeszowa. Powinna być w piątek. A jak nie, to najwyżej rozmontujemy tę z ekspozycji – dwa dni temu ją montowaliśmy.”

ŚRODA

Piter: Czy my mamy w ogóle jakieś pieniądze na tę altankę?
Jo.: Nie. Ale przyszedł mój zasiłek.
Piter: Ale ty musisz ten zasiłek dołożyć do życia, bo mi się pieniądze skończyły…
Jo.: To będziemy jeść ziemniaki z kefirem.

Jo.: Nie będzie cienia – nie jeżdżę na wieś. Sami jeździcie.
Piter: W sumie to ja lubię ziemniaki z kefirem…

CZWARTEK

Cisza przed burzą…

PIĄTEK

Przywieźli z Rzeszowa altankę! Szukamy transportu, bo obecnie OBI nie zapewnia dowozu.

Po serii telefonów Piter znajduje przewoźnika.

SOBOTA

Cała noc w plecy, bo na zjazdach z budowanej obwodnicy kładli asfalt. I pikali. Trąbili. Darli pyski. W ogóle było wesoło. Brakowało chyba tylko fajerwerków i Zenka Martyniuka…

Piter robi mi pobudkę o świcie. Znaczy jakieś dwie godziny po tym, jak wreszcie zasnęłam.

Jedziemy.

W sumie to fajnie, że większość ekspresówki jest gotowa…

Jest altanka. Znaczy gazebo. W postaci drewienek na palecie. Jedziemy na wieś, tylko raz gubiąc po drodze furgonetkę przewoźnika. Po dotarciu na miejsce widzę…

DRAMAT

Mąż poprosił sąsiada (tego z traktorkiem) o wykoszenie pola. No to wykosił. Razem z moimi drzewkami.

Co ja pisałam o próbie trwałości naszego małżeństwa?

No i wygląda na to, że znowu będę musiała mężowi wybaczyć te wykoszone drzewka… Bynajmniej nie dlatego, że obiecał mi je odkupić. Ale jak popatrzyłam na to, jak się stawia to gazebo… AŻ TAK nieludzka nie jestem…

Już opowiadam.

Mój szwagier (zresztą jak i małżonek) jest inżynierem. Wprawdzie nie po budowlance, tylko elektronice, ale dla kogoś, kto nie wierzy w prąd elektryczny i dla kogo helikopter to nadal samolot, hasło INŻYNIER niesie odpowiednie konotacje co do zdolności technicznych. I faktycznie, panowie zaczęli od wyznaczania poziomów, co by mi nigdy nie przyszło do głowy, a potem metodycznie uskuteczniali montaż.

I powiem wam, że to tylko tak łatwo wygląda. Na obrazku. Dla laika. Czy tam innej humanistki. I nawet wymóg dysponowania siłą fizyczną nie jest tak upierdliwy, jak… poziomowanie…

Ile razy oni te kotwy wbijali, a potem wyciągali, bo albo zabrakło dwóch centymetrów, albo o cztery było za dużo… Albo kotwy się przekręcały podczas wbijania… Albo okazało się, że za głęboko… Czy też wręcz przeciwnie…

Upał. Zero cienia. Jedynie jakiś skrawek pod parasolem, gdzie siedzę niemal przykuta do krzesełka a każde moje wyjście na pole powoduje porządkujące warknięcie: SIADAJ! już nie tylko Pitera, ale i BlueBoya. Nie ma toalety. Nie ma wody. Jest tylko słońce, piach i skoszone przez sąsiada badyle.

Panicze się nieco burzyli, zwłaszcza młodszy. Że on tam przyjechał odpoczywać, nie pracować. Ale odchwaścili te drzewka, które ocalały, a potem nawet nieco pomogli przy altance. Kuba okazał się niezwykle spostrzegawczy co do dopasowania elementów, a BB – niezastąpiony przy poziomowaniu górnej belki, kiedy zabrakło drugiej drabinki.

Po drugiej kolumnie zapadła decyzja o przerwaniu prac. Zrobiło się późno a i kondycja dała znać o sobie. Na szczęście można było złożyć resztę materiału u mieszkającej dwa domy dalej kuzynki, bo inaczej nie mielibyśmy wyjścia, jak nocować na polu…

Ponieważ to były Kuby imieniny, obiecaliśmy mu imieninowy obiad (czy też właściwie kolację) w Piaskach. Ale kiedy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że właśnie zamykają! Jedyne, co nam się udało, to kupić flaki do domu.

Co robić???

My w strojach „prosto z pola”, bo chociaż wzięliśmy koszulki na zmianę, to umówmy się: zbytnią elegancją nie grzeszyliśmy. Nie znamy za bardzo okolicy. Kuba jest zawiedziony. BB zaczyna być dokuczliwy. Zapada zmierzch.

I wtedy przypominam sobie o jednej restauracji…

To znaczy my tam bywamy w dwóch, na przemian. Tyle, że obie są dość… niedzielne. No takie bardziej eleganckie. Wiecie: jak w małym mieście ludzie idą do restauracji, nie do baru, to raczej nie w roboczych legginsach i butach trekkingowych…

Ale jedna z nich, specjalizująca się w weselach, chrztach i komuniach, ma ogródek… I bywa, że niezależnie od imprezy, obsługuje również gości dodatkowych… Kiedyś jedliśmy u nich obiad na tarasie, kiedy w sali odbywały się dwie komunie a w ogrodzie chrzest. Znaczy nie uroczystości religijne, tylko masowe obiady z okazji.

No i pomyślałam, że może tam by się udało…

Mieli wesele. Podali nam obiad w altance w ogrodzie. Boskie tagliatelle z kurkami i burgery, a do tego rewelacyjne desery lodowe. Przemiła kelnerka. Niezwykle sprawna kuchnia. Doskonałe dania. Wszystko w otoczeniu najpiękniejszych hortensji, jakie w życiu widziałam.

Wracaliśmy bardzo późno, ale nastroje mieliśmy wyśmienite. Wprawdzie musimy wrócić, żeby dokończyć altankę, a na domek nadal nie mamy ani funduszy, ani pomysłu skąd je wziąć, ale wreszcie coś się ruszyło.

Po czternastu latach chodzenia koło tematu LETNISKO, wreszcie coś się zaczęło dziać.

PS.

I ja bym się wcale nie śmiała z tej fontanny, Jaerk… Wcale.

© 2020, Jo.. All rights reserved.