Altanka rozwodu

Chwilowo mój rozwód został odroczony. Tym razem do soboty. Bo poza nieustannie odszczekującym się dwudziestolatkiem z ZA, niszczącym wszystko, co się da, bulldżekiem i zżerającymi lawendę komarami, rozgrywa się tu jeszcze inny dramat…

Poszło o letnisko.

Nawet nie o pieniądze, których nie mamy, żeby zrobić to letnisko, tylko o podejście mojego męża do tematu.

Bo podejście mojego męża do problemów znacie. Że wystarczy odpowiednio poczekać i same się rozwiążą.

na przykład czepiająca się o porządek żona wreszcie umrze

albo sama posprząta (ewentualnie)

Ale ja tego czekania zupełnie nie widzę, więc dupę truję i obawiam się, że narzekam. Oraz wyrażam swoje niezadowolenie.

Przez tę całą pandemię czuję się jakby mi do dożywocia dołożono dodatkowy wyrok i to za niewinność, więc raczej nie ma co się po mnie spodziewać życiowej radości, optymizmu i ćwierkających koniczynek. Czy tam czegoś innego.

Żadnych jednorożców, proszę państwa. Żadnego „jakoś damy radę”. Bo nie wiem jak inni, ale ja rady więcej nie dam. Wyczerpały się wszelkie moje limity i zasoby. A przypomnę, że mamy przed sobą maturalną klasę BlueBoya, co samo w sobie jest eufemistycznym określeniem Armagedonu.

Tu litościwie spuszczę zasłonę milczenia na toczące się ostatnimi dniami w naszym domu konwersacje i przejdę od razu do niedzielnego poranka.

Piter nie przestał świętować postawionej rok temu siatki, więc dalsze działania grzecznie stały w swojej kolejce. Rozumiecie: oni mi tu pierdolca dostają, ja zaraz umrę, od czterech miesięcy siedzimy w domu, pies zżera meble, a mąż każe mi się zachwycać, że przecież siatka zrobiona!!!

Na domek nie ma kasy. Nawet drewutnia jest poza naszym zasięgiem. Kupione do posadzenia na wsi rośliny ledwo żyją. Nie mamy pojęcia co z posadzonymi ostatnio jabłonkami. Trzeba by jednak tam pojechać, bo przez kilka ostatnich tygodni albo mieliśmy ulewy, albo żar lał się z nieba. Ale bez jakiegoś cienia to ja w ogóle nie mam po co tam się wybierać, bo ostatnią wyprawę do tej pory odchorowuję. Toczeń i słońce nie są kompatybilne.

No i jest jeszcze Kuba, który nie może siedzieć w samochodzie podczas przerw w wyrywaniu chwastów…

Znalazłam. Altankę. W OBI. Za mniej więcej mój zasiłek dla Matki Autyzmu. Jeść będziemy szczaw i mirabelki, ale damy radę kupić. Trzeba to będzie jakoś odebrać w Lublinie, przewieźć na Ziemię Przodków, a potem… samodzielnie zmontować…

Tam nie ma prądu. A my akumulatorowej wkrętarki.

Nasze małżeństwo przechodziło różne próby.

Ta będzie być może decydująca…

© 2020, Jo.. All rights reserved.