BlueBoy szuka pracy

Na wstępie pragnę wszystkich uspokoić: nie od razu. Najpierw musi skończyć szkołę.

Znaczy nie że musi, ale dobrze by było, skoro tak daleko zaszliśmy, nie bez problemów przecież. Natomiast przyszłość nadchodzi i warto się nad nią zastanowić już teraz.

Nikt go z domu wyrzuca, nie każe płacić za wikt i opierunek. Dopóki żyję, mój dom jest domem moich dzieci, mój stół – ich stołem, a łóżko znajdą zawsze, nawet jeśli będę mieszkać w jednej izbie. Chociaż wolałabym choćby w dwóch – tę mniejszą wezmę dla siebie.

Natomiast żyć wiecznie nie będę i nie ukrywam, że troska o to, co się stanie z moimi synami, spędza mi sen z powiek. Dlatego między innymi postanowiłam już teraz przymierzyć się do czasów poszkolnych.

Słabo widzę dalszą naukę BB. Jestem realistką i wiem, jakim kosztem przeszedł przez podstawówkę i gimnazjum oraz jak wygląda jego edukacja na poziomie liceum. I jakoś nie widzę siebie przepychającą go przez jakąkolwiek następną szkołę. Jedyną szansą byłby kierunek, do którego BB zapałałby wielką miłością – wtedy mógłby zrobić z niego nawet profesurę, ale o ile mi wiadomo, nie ma szkół lego czy DC Comics…

Przy jego specyfice funkcjonowania praca wymagająca kwalifikacji odpada. Fizyczna – odpada ze względu na serce oraz szybką męczliwość. Cokolwiek, co go nie zainteresuje – odpada, bo jeśli coś go nie interesuje, nie jest w stanie skupić na tym uwagi.

Chyba powoli wyczerpuje nam się lista pomysłów.

Idealnym rozwiązaniem byłoby posiadanie rodzinnej fortuny i rodziców – milionerów. Niestety, milionerami to my jesteśmy na minusie, czyli odwrotnymi, zatem nic z tego. Tak, wiem: życie jest cholernie niesprawiedliwe.

Zatem szukamy. Pomysłu.

Od kilku lat używamy LifeWave. W naszej kuchni panoszy się Tupperware. Może zatem jakiś MLM? Można by mu pomóc… BlueBoyowi znaczy. Mógłby pracować z domu.

No przecież i tak w domu wyląduje za rok! Nie czarujmy się, że będzie inaczej!

Jest tylko jeden mały problem: my żyjemy w izolacji… Nie mamy znajomych, przyjaciół a z rodziną wiadomo: najlepiej się wychodzi na zdjęciach.

Poproszony o pomoc w udostępnieniu informacji nasz rodzinny Mistrz Kontaktów, Prawie Diament Amwayowski i w ogóle Capo di Tutti Capi, czyli Tatui, bardzo nieelegancko potraktował BlueBoya, chociaż ten prosił jedynie o jedno głupie kliknięcie. Przyznam, że wściekła byłam na siebie, bo znając mojego ojca powinnam była wiedzieć, że on nigdy niczego nie zrobił dla własnej rodziny, więc raczej idiotyzmem by było oczekiwać jakiejkolwiek pomocy z jego strony, ale BlueBoy – naiwnie wierzący w dziadka deklaracje o pomocy i wsparciu, bardzo przeżył to rozczarowanie.

Wróciliśmy do punktu wyjścia. I wtedy, jak często w naszym życiu, pojawiła się pewna opcja…

ciąg dalszy (niewątpliwie) nastąpi

© 2020, Jo.. All rights reserved.