Fotoarchiwum

Utknęłam ostatnio w archiwum i usiłuję uporządkować zdjęcia. Uciążliwe to zajęcie, bo fotografii mamy mnóstwo, na dodatek popakowanych w różne dziwne katalogi zapychające dysk. Zresztą to właśnie jest przyczyną mojej katorżniczej pracy, poza irytującą niemożnością znalezienia od ręki czegoś, co jest akurat pilnie potrzebne.

Od 2008 roku robię drukowane albumy, czyli fotoksiążki. Teoretycznie powinno mi to ułatwiać zadanie, ale praktyka jest taka, że przez pewien czas każde zapisanie projektu skutkowało utworzeniem nowego katalogu, a ja nigdy nie wiedziałam, czy usunięcie któregoś nie wyśle wielomiesięcznej pracy w kosmos, więc przybywało ich bardzo odwrotnie do wolnego miejsca w komputerze.

I ja jednak BARDZO, ale to BARDZO poproszę Tetryka o nieinstruowanie, co powinnam była zrobić, bo po pierwsze: było-minęło, a po drugie i tak nie zrozumiem i tylko nabawię się frustracji.

Po drodze zmieniałam komputer, więc mąż mi porobił wersje zapasowe. Zrzucałam również zdjęcia z telefonu (patrz: kolejne pliki i foldery). No i w pewnym momencie komputer mi zawył, że on więcej nie może, a ja pogubiłam się w gąszczu identycznych zdjęć w zwielokrotnionych dawkach.

Fotoksiążki uwielbiam z dwóch powodów: po pierwsze Key nie zarąbie mi żadnego zdjęcia…

ONA jest z tego względu mniej szczęśliwa

… a po drugie: album jest o wiele cieńszy od tradycyjnego. No i bez problemu można do niego wrzucić foty słabszej jakości, bo i takie się zdarzają.

Jak widać na załączonym obrazku: poza dwoma przykładami wszędzie na okładce jest zdjęcie naszej czwórki. W tych dwóch latach, będących wyjątkiem od reguły, podczas przygotowywania albumów okazało się, że nie mamy żadnego zdjęcia razem! Od tamtej pory bardzo tego wspólnego zdjęcia pilnujemy i tradycją jest już wybieranie spośród zrobionych, „które pójdzie na okładkę”.

Początkowo wszyscy trochę kręcili nosem. Że po co ja te zdjęcia trzaskam. Ale kiedy po raz kolejny ktoś chciał coś zweryfikować, albo sobie przypomnieć i sięgnął po album, okazało się, że może zapisywanie zdjęciami naszego życia nie jest takim najgorszym pomysłem…

Wszystko zaczęło się od Paszportu Komunikacyjnego Kuby.

Wiecie co to takiego?

W albumie lub zeszycie wpisuje się różne rzeczy, które na ogół ludzie sobie mówią czy opowiadają, kiedy chcą się przedstawić, albo kogoś poznać. Ponieważ wiele autystycznych dzieci ma problemy z komunikacją werbalną, ten Paszport jest narzędziem pomagającym im nawiązać kontakt. Zresztą może wam pokażę:

Pokazując na zdjęcia łatwiej coś „powiedzieć”, albo powiedzieć. To naprawdę fajna sprawa. No i ja Kubie ten Paszport wydrukowałam. Ten na zdjęciu jest już drugi – pierwszy był na początku podstawówki, a tu mamy rok 2011.

Zresztą podobne zeszyty robiłam chłopakom pod koniec wakacji, bo wiadomo: na początku roku szkolnego zawsze opowiada się o wakacjach. Gdzie się było, co robiło i tak dalej. No i jest problem. Może dla Jakuba mniejszy, bo chodził do szkoły dla dzieci z autyzmem, ale uczący się w normalnej szkole BlueBoy miał przechlapane. Bo mimo że miał fajne wakacje, nie był w stanie o nich opowiedzieć. Zatem co się robi, żeby niemówiące dziecko chciało iść w pierwszych dniach szkoły na lekcje, na których będzie się wałkować temat: „Co robiłeś w wakacje?”?

Wiecie o co chodzi.

Często używam naszych albumów pracując z chłopakami nad opowiadaniem, albo kiedy BB jest niezmiernie zdziwiony, że gdzieś tam kiedyś był. Kuba czasami do nich sięga i używa do komunikacji, ale już nie tak często jak w przypadku Paszportu.

Wracam do porządkowania archiwum. Może wreszcie wskaźnik od czegoś tam przestanie mi się świecić na czerwono, bo nieco mnie irytuje…

© 2020, Jo.. All rights reserved.