BB zamówił wczoraj ten tekst. Zatem piszę.

Odebraliśmy świadectwa. I jesteśmy niezwykle dumni z tego, co nam się udało osiągnąć. Bo była to praca zespołowa: BB&Jo. I poszło nam bardzo dobrze.

Drugi semestr był ciężki. Pisałam o tym wielokrotnie, więc nie będę powtarzać. Z mojej perspektywy nauczanie domowe wyglądało zapewne nieco inaczej, niż dla mojego syna, ale oboje włożyliśmy wiele wysiłku w ogarnianie Rewolucji Francuskiej, analizowanie światopoglądu Dostojewskiego, dyskusje nad rolą Stanisława Augusta, porządkowanie gazów bojowych i przyrodniczych cudów świata. Z matematyką BB walczył sam i wyciągnięcie trójki uważam za wielki sukces. Trochę zawaliliśmy angielski, bo można było więcej nad nim popracować, ale ja już po prostu nie miałam kiedy…

Te nasze zmagania świadczą zdecydowanie o tym, jak BARDZO potrzebne jest w przypadku uczniów takich jak BlueBoy nauczanie indywidualne. I ile zła wyrządziła pisowska deforma edukacyjna.

W trybie indywidualnym włączającym Kuba (!!!) ukończył liceum. W takim właśnie trybie BB przeszedł przez końcówkę podstawówki i gimnazjum. Tyle zdążył, zanim możliwość indywidualnej pracy z nauczycielem została zlikwidowana.

Krótkie wyjaśnienie dla niezorientowanych: przed słynną reformą nauczania, uczniowie z odpowiednim zaleceniem (mam tu na myśli orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego w trybie indywidualnym włączającym) mogli chodzić do szkoły, mieć większość przedmiotów nauczanych indywidualnie, jeden na jeden, uczeń i nauczyciel, a pozostałe, jak wf, muzyka, zajęcia artystyczne, kółka zainteresowań – z klasą. Dzięki temu efektywniej się uczyli, ale nie tracili relacji z rówieśnikami. Natomiast po wprowadzonych trzy lata temu zmianach, nauczanie indywidualne możliwe jest wyłącznie w domu ucznia, na co wielu rodziców nie chce się zgodzić, bo to oznacza zamknięcie (już i tak izolowanego przez niepełnosprawność czy chorobę) dziecka w domu. Zatem w naszym przypadku mamy do wyboru: szkoła w normalnym wydaniu, z pewnymi ułatwieniami w postaci (teoretycznego) dostosowania programu i metod do możliwości ucznia albo nauczyciele przyjeżdżający do domu (i wtedy już naprawdę zero kontaktów społecznych dla autysty).

Przez całą edukację BB wymagał dodatkowego wsparcia. Nie używając eufemizmów: indywidualnej pracy nad całym materiałem szkolnym. Pracowaliśmy godzinami, po zajęciach w szkole, przerabiając ponownie wszystkie lekcje, ale dzięki tej pracy BB dotarł do drugiej klasy liceum. I teraz stojąc ze świadectwem ukończenia tej drugiej klasy w ręku, pyta: „Co dalej?”. Bo dalej mamy klasę maturalną. I maturę. Ewentualnie.

Jak myślicie, powinienem przystąpić się do matury?


I ja osobiście uważam, że TAK.

Kręcę sobie bicz, bo to oznacza upiornie trudny rok, bez żadnych gwarancji…

ALE

Kiedyś psycholog powiedział, żeby dać sobie spokój i znaleźć BB jakąś szkołę specjalną. Bo on nigdy się nie nauczy pisać, czytać i liczyć…

Dzisiaj zadajemy sobie pytanie: Co z maturą?

Zatem odpowiem:

Synu, nigdy nie pozwól komuś decydować o swoim życiu. NIGDY. Przystępuj do tej matury. Najwyżej jej nie zdasz. Nic się nie stanie. Będziesz miał solidne świadectwo ukończenia liceum. Uczciwie zapracowane.

My ci pomożemy. Chociaż będzie to wymagało ciężkiej pracy, wielu nerwów (bo przecież się znamy 😉 ), dobrej organizacji. Przywykliśmy. Damy radę.

Ale nawet jeśli się nie uda, nie będziesz się zastanawiać, co by było, gdybyś spróbował.

© 2020, Jo.. All rights reserved.