Postanowiłam zadbać o swoje zdrowie i zredukować do absolutnie niezbędnego minimum stres. Może nawet nie tyle „postanowiłam”, ile stanęłam w obliczu wyższej konieczności życiowej. Takiej „być, albo nie być”. No niestety – z toczniem nie da się negocjować, a tarczyca też jakaś fąfiasta pod tym względem.

Ale przyznać muszę, że najbardziej buntował się mój mózg, w sensie: rozum. A że cierpię na przewlekłą alergię na bezmyślność, to wolałam z własnym rozumem nie zadzierać.

Ograniczenie stresu oznacza w moim przypadku daleko idącą izolację od OKNMW.

Muszę rozwinąć? Serio?

OK, niech będzie.

Osób Które Notorycznie Mnie Wkur Wdenerwują.

Nie jest to takie proste, bo (patrz: tekst o idiotce) ja z tym dawaniem szansy, to jednak normalna nie jestem i trudno mnie nauczyć wzajemności.

Ale robię postępy. Chociaż niestety muszę przyznać, że wymuszone przez wspomniane wyżej Super Trio, czyli: tocznia, tarczycę i tumysł.

Zatem izolacja. Bo z moją rodziną nawet na zdjęciach nie zawsze się dobrze wychodzi. Chociaż z drugiej strony patrząc, jak ktoś tylko ogląda wrzucane na blogi czy fejsbuka zdjęcia, to ma piękną iluzję cudownej wielopokoleniowej rodziny, spotykającej się, spędzającej razem czas i celebrującej życie.

Te komentarze pod zdjęciami (wrzucanymi przeze mnie) u Tatui, ach i och jakich ma super wnuków i tak dalej, doprowadzają mnie do załamania nerwowego, bo poza kadrem wygląda to tak, że dziadek nie bardzo pamięta, ile kto ma lat, do jakiej szkoły chodzi i jak wygląda jego życie. Włoskich wnuków widzi raz w roku i chyba nawet nie bardzo z nimi rozmawia (chociaż mówią po polsku). Moi synowie nieustannie go czymś dziwią. Na przykład ostatnio zdziwił się, że Kuba ma ukończone liceum… Albo że BB sam jeździł na gitarę i łucznictwo… Ale na zdjęciu ładnie to wygląda i zbiera zachwyty znajomych.

Zresztą co do znajomych, a nawet „naszych starych przyjaciół” – jak mój ojciec mawia. Nigdy nie zapomnę inauguracji letniska, na której dwie panie bezgranicznie się zdziwiły, że ojciec ma oprócz Marianny jeszcze dwie córki i czworo (wówczas) wnucząt poza Termitem… Więc powiedzmy sobie, że to całe gadanie o Rodzinie i Wartościach, można sobie wsadzić… gdzie tam komu wygodnie.

Ale ja nie o tym… Znaczy o tym, ale nie do końca. Bo głównie chodzi mi o self-preservation. Niestety polskie „samoobrona” budzi u mnie zupełnie inne skojarzenia i mi tu nie pasuje, więc pozostaniemy przy lengłidżu (jak mawiał Filozof).

Zatem dbanie o siebie jest podstawową regułą w świecie przyrody. Człowiek czasami o niej zapomina i nazywa to altruizmem, albo wyższymi zasadami. Niech będzie. Ja jednak mam w tej chwili atawistyczną potrzebę zadbania o własny komfort. Bo ileż można przedkładać nad niego cudzy?

Może to oznaczać tylko jedno: jeszcze większe ograniczenie kontaktów.

Do własnego domu.

Znaczy: teraz to na bank oszaleję.

Tak że, wiecie: YOU ARE MY ONLY HOPE!

PS.

Nie, no jasne, że to NIE DOTYCZY moich synów i męża… W ogóle co za pytanie?

© 2020, Jo.. All rights reserved.