Kwestia kompetencji

Moja koleżanka, socjolożka, zwróciła niedawno uwagę na aspekt braku kompetencji rodziców, na których przerzucono edukację dzieci. Ja się oczywiście dorzuciłam z kwalifikacjami do nauczania specjalnego, a wszystko wywołał list rodzica, domagającego się od ministerstwa edukacji wynagrodzenia, za wykonywaną przez ostatnie miesiące pracę.

Bo sytuacja zaistniała wręcz kuriozalna. Z dnia na dzień rodzice zostali nauczycielami swoich dzieci. W pełnym zakresie. W wielu przypadkach, jak naszym, nauczycielami do zadań specjalnych. Bez żadnego przygotowania. Bez wsparcia. Za to z konkretnym wymogiem dania sobie rady.

Mogę mieć cholerną satysfakcję, że dałam radę, ba! mój syn ma lepsze oceny na tym „domowym nauczaniu” (bo jednak trudno mi je nazwać „zdalnym”, skoro to ja robię 98% pracy z uczniem), niż podczas uczenia się na lekcjach w szkole. Ale powiedzmy sobie: ja i tak jestem wyjątkowa, a ileż na Boga można na raz nosić koron, żeby nie dostać migreny? Mnie to wszystko kosztowało czas i niezamierzony wysiłek, ale nie wykraczało poza moje możliwości intelektualne czy pedagogiczne. BB też przyzwyczajony, że matka go uczy od początku edukacji szkolnej, zatem nerwy były, ale takie, co zwykle. Może tylko w większej dawce. Ale już z Kubą tak łatwo nie poszło, bo Kuba starannie oddziela kompetencje i za chińskiego boga nie pozwala rodzicom wchodzić w rolę nauczycieli czy terapeutów. I dupa.

Wróćmy jednak do kwestii kompetencji. Żeby przejść na nauczanie domowe, trzeba się wykazać możliwościami, a potem przystąpić do egzaminów, potwierdzających skuteczność tej formy nauczania. Jeśli dziecko egzaminów nie zda – rodzic nie otrzyma zgody na uczenie dziecka w domu w następnym semestrze.

Tu jakoś nikt się nie przejął, że dzieci wylądowały na nauczaniu prowadzonym przez totalnie niekompetentnych „domowych nauczycieli”. I system pod tytułem: „zawalamy rodziców poleceniami do wykonania” został uznany za OK.

Skoro rodzice w roli nauczycieli są OK, to chyba powinni dostać wynagrodzenie za swoją pracę?

Mamy tu jeszcze kwestię subwencji. A konkretnie: subwencji dla ucznia ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. I to dopiero jest temat.

W przypadku ucznia ze spektrum autyzmu ta subwencja wynosi ponad 51 tysięcy rocznie. Zakładając, że rok trwa 12 miesięcy i nie odliczając wakacji (a co tam, niech będę stratna !) wychodzi mi z obliczeń, że za trzy miesiące pracy powinnam dostać jakieś trzynaście tysięcy subwencji. Po odliczeniu kosztów stałych (chociaż naprawdę nie wiem jakich, bo nie odbywały się żadne zajęcia rewalidacyjne, a nauczyciele przez dwa miesiące nie pracowali z synem dodatkowo indywidualnie), niech będzie dziesięć. Pazerna nie jestem. Plus wynagrodzenie za wykonaną pracę nauczyciela. Razy dwa, bo przecież u nas w domu jest dwóch uczniów z orzeczeniami o kształceniu specjalnym, na które ich szkoły otrzymują najwyższą z możliwych subwencję.

No to kochani – ponad dwie dychy piechotą nie chodzą! Można za to domek letniskowy trzasnąć na wsi i mieć dokąd jeździć z chłopakami na wakacje!

© 2020, Jo.. All rights reserved.