Zderzyłam się ostatnio z taką dawką idiotyzmów, że mi odjęło mowę.

Przywykłam do idiotyzmów żyjących w tej rodzinie na pełnej petardzie, ale tym razem ich skala nawet na mnie zrobiła wrażenie. Piorunujące.

Wychowuję dwóch autystycznych synów. Wiecie, z jakim rezultatem, bo od lat opisuję nasze życie. Większość ludzi w różnych nie/codziennych sytuacjach trzyma za nas kciuki, ktoś czasem za coś skrytykuje, ktoś inny wyrazi uznanie. Zdarzają się i tacy, co nas podziwiają, chociaż naprawdę nie wiem za co.

Wyjątkiem w tym ocenianiu jest moja rodzina, głównie rodzice, uważający od zawsze, że wyolbrzymiam, przesadzam i w ogóle w czym tu problem.

Na takie wypowiedzi jestem szczególnie cięta, zwłaszcza że pochodzą od osób nie mających zielonego pojęcia o życiu ich wnuków, bo sami niewiele się angażują w opiekę nad nimi, żeby nie powiedzieć, że wcale. Natomiast pierwsi są do bagatelizowania sytuacji i do hurra optymistycznych jej ocen.

Być może to właśnie jest przyczyną wielu zadrażnień, łącznie z ostatnim wysypem idiotyzmów.

Ale ja nie o tym.

Uczysz swojego autystycznego syna, że słowo droższe od pieniędzy. Nawet, jeśli cię to sporo kosztuje, bo umówmy się: nikt z nas święty nie jest i czasami bywa różnie. No i ty pilnujesz się z obiecywaniem, a jeśli coś obiecasz – nie ma zmiłuj, musisz słowa dotrzymać. I tego samego uczysz dziecko przez dwadzieścia lat jego życia. Po czym okazuje się, że możesz sobie ten wysiłek w dupę wsadzić, bo kreujący się na samoautorytet (tak, wiem że nie ma takiego słowa – no to już jest) dziadek nie dość, że własne obietnice traktuje dość swobodnie, to jeszcze po wytknięciu mu tego (w bardzo kulturalny sposób, żeby nie było), po chamsku przerzuca winę na poszkodowanego. A potrafi to robić mistrzowsko, bo z zawodu jest demagogiem i całe życie wrzucał mi na plecki winę za wszystko, łącznie z brakiem cukru w sklepie i uciekniętym tramwajem. A ja naprawdę myślałam, że to moja wina. Więc teraz nie ma takiej opcji, żebym pozwoliła mojemu dziecku dać sobie wmówić, że cudze niedotrzymanie słowa jest jego winą. NFW.

I nie dlatego, że ono jest „takie wrażliwe”, tylko dlatego, że jest autystyczne. I ma inną percepcję, niż neurotypowi. A ja nie zamierzam zaprzepaścić dwudziestu lat ciężkiej, codziennej harówy, z powodu człowieka z rozdętym ego, który nie potrafi przyznać się do zawalenia prostej sprawy i musi przerzucić winę na kogoś innego. Kogokolwiek. A najlepiej osobę, wobec której zawinił.

W takich sytuacjach ja mam tu pełną konsternację. Bo JA rozumiem tę manipulację – wychowałam się na niej. Ale BB głupieje. Przypomnę, że ludzie z ASD (spektrum autyzmu) myślą i postrzegają wprost. Nie chcę się wypowiadać in general, bo zaraz się pojawi jakiś autysta swobodnie stosujący metafory i uwielbiający bawienie się rolami, więc pozostanę przy przykładzie z własnego podwórka, skądinąd reprezentatywnym.

Mój młodszy syn nie rozumie metafor. Dla niego tak, znaczy tak, białe to białe. Nie używa kłamstwa. No, jak mi raz skłamał, nieudolnie zresztą, to skakaliśmy pod sufit, że dziecko postęp zrobiło! Zatem jeśli ktoś mówi, że coś zrobi, to nie ma bata… Jak kogoś nie ma w domu, to nie ma w domu, a nie filuje zza zasłonki. Jak się umawia na coś, to się to robi, a nie zawala i potem zrzuca winę na kogoś innego. No więc jeśli dochodzi do takich sytuacji, to mój syn NIE ROZUMIE co się stało i jest TOTALNIE ZDEZORIENTOWANY. I dodatkowo mamy problem, nawet nie wychowawczy, tylko funkcjonowania w zakresie umiejętności społecznych: no to jak to jest z tym mówieniem prawdy i wywiązywaniem się z danego słowa?

A przy okazji: „Mamo, dlaczego dziadek mi zarzuca brak szacunku? Przecież cały czas mi powtarzał, że jestem OK, odpowiedzialny, rodzinny, sumienny. Że jako jedyny wnuk odpisuję na jego maile i dzwonię zapytać, jak się czuje i co u niego? To ja, przepraszam cię za słowo, ale nieco się wkurwiłem, bo to chyba nie jest w porządku?”.

I on tego nie łapie nie z powodu swojej wrażliwości, tylko ZA.

A ja nie dlatego siedzę w domu przez ostatnie dwie dekady, że mi się dupy nie chce ruszyć do normalnej pracy, ani nie ze względu na oszałamiający poziom życia, zapewniany przez pracującego w korpo męża. Tylko dlatego, że nikt inny nie był w stanie ogarnąć sytuacji z moimi synami. I mimo że ich kocham najbardziej na świecie – zapewniam: nikt mający normalny dom i zdrowe dzieci, nie chciałby się ze mną zamienić.

Dlatego latami dostawałam szału słysząc pytanie, kiedy wreszcie pójdę do pracy. Dlatego szlag mnie trafiał na teksty w rodzaju „Och nie przesadzaj. Ludzie mają gorzej!”. Dlatego teraz, kiedy mamy takie rezultaty mojej pracy, jakie mamy, mam w głębokim poważaniu zachwyty ludzi, którzy potrzebowali cudzych zachwytów, żeby uznać, że i oni mogą podoceniać to, co robię.

Za ciężko pracowałam na to, co mam, żeby ktokolwiek mi to teraz rozwalał. Mam w dupie czyjeś fochy i pełną dezaprobaty krytykę. Nie pozwolę nikomu zatruć życia mojej rodzinie. Ani mnie, ani chłopakom.

Ja już nie potrzebuję iluzji rodzinnego wsparcia. Stoję na własnych nogach. I bardzo uprzejmie proszę się ode mnie odfajkować.

© 2020, Jo.. All rights reserved.