Domdemia w maju

Mam nadzieję, że nikomu nie muszę tłumaczyć tytułu? Właściwie na nim mogłabym spokojnie zakończyć wpis, całkowicie wyczerpując temat, ale znacie mnie: musiałabym być ciężko chora, a do tego stanu, mimo usilnych starań moich panów, jeszcze trochę mi brakuje. Póki co.

Zatem zakończyliśmy kolejny miesiąc COVIDowych ograniczeń. Zdecydowanie najgorszym ich aspektem była konieczność rezygnacji z dwóch zaplanowanych wyjazdów, na które bardzo czekaliśmy. Każdy z innego, jednakowo ważnego, powodu.

Na drugim miejscu uciążliwości znalazło się wspólne przebywanie w domu przez całą dobę. Nadal błogosławię zakup tego domu, bo inaczej krew by się polała (chociaż i tak zaliczyliśmy epizod z bratobójczą walką i krwią na pokładzie). Tylko o ile ja, czy Piter, jesteśmy w stanie pomyśleć „Całe szczęście, że mamy ten dom!”, tak nasi synowie już się w ten sposób nie pocieszą. Zwłaszcza Kuba, który z ogromnym trudem wytrzymuje zmianę rozkładu jazdy.

Od początku wychodziliśmy z domu – w ograniczonym zakresie, głównie na spacery z psem. Zakupy robił Piter. I to w zasadzie niewiele się zmieniło. Doszły rowery, co jest istnym błogosławieństwem. Jeśli moi synowie aktualnie nie próbują się pozabijać, wychodzą razem na rowerowe przejażdżki.

Tak, dobrze czytacie: biorą rowery i jadą na rundkę, a ja nie dostaję zawału. Kubie chyba brakuje zarówno ruchu, jak i normalności, więc podporządkowuje się bratu bez żadnych dyskusji i do tej pory nie mieliśmy żadnych problemów. Oby tak zostało.

Bo Piter w zasadzie pracuje cały czas i nie ma co marzyć o tym, żeby gdzieś zabrał synów. A ja ze skręconą nogą ledwo wychodzę z Luśką na krótki spacer o ile w ogóle.

Byliśmy dwa razy w galerii handlowej. Chłopcy wyrwali, jak po złoto, ale trudno im się dziwić. Ja myślałam, że umrę. Wszechobecne środki dezynfekujące skutecznie załatwiają nie tylko wirusy. Moje drogi oddechowe oraz receptory od alergii również. Nie jestem w stanie nosić maseczki, nawet powycinanej pod okulary i uszytej z cienkiego lnu. Zresztą niech mi ktoś powie: jaki jest sens noszenia takiej maseczki???

Zatem zakupy nadal robi Piter, chyba, że na wystawionym za zewnątrz straganie. Chłopcy dostają przed komputerami pierdolca, więc bardzo chętnie wychodzą codziennie na spacer i rowery. A ja mam wszystkiego dość i rozpaczliwie pragnę wyjechać gdzieś choćby na moment.

Tak, mieliśmy poważny kryzys spowodowany brakiem letniska. Nie, nie został jeszcze rozwiązany.

Teraz szkoła.

Kuba po kilku tygodniach dzikich awantur chyba pogodził się z niejeżdżeniem do szkoły. Męczy tylko o zostawiony w szatni worek z kapciami – bo przecież wszystko musi być na swoim miejscu. Ostatnio nieco odpuścił i zgodził się robić na wydrukach przysyłane przez wychowawczynię prace. A ze dwa razy nawet włączył się w lekcje on-line.

Tak na marginesie: te prace są dość głupie. Takie na poziomie pierwszej – trzeciej klasy podstawówki. I ja się nieustannie zastanawiam: czy to jest jego faktyczny poziom i czy on naprawdę nie jest w stanie funkcjonować na innym? Na ile nie jest w stanie, a na ile my (rodzice, szkoła, system) wciskamy go w to ograniczenie? Najgorsze jest to, że nie potrafię go rozpracować. Za słaba jestem na przekopanie się przez autystyczne zasieki. Ale mam wątpliwości, czy czasem Kuby niechęć do wykonywania niektórych zadań nie bierze się stąd, że są dla niego nudne?

Oddałabym wszystko za miejsce (lub ludzi), którzy umieliby z Kubą pracować i określić faktyczny poziom jego funkcjonowania…

Natomiast drugą klasę BlueBoya kończymy bardzo ładnie. Zostajemy z dwiema trójami, przy czym jedna jest poprawioną z pierwszego semestru dwójką z matematyki (i tu proszę się nie spodziewać cudów ani po mnie, ani po BlueBoyu) oraz niestety z angielskiego. Angielski jest jedynym przedmiotem, który BB robił sam, bo ja jednak musiałam kiedyś iść do kuchni i zrobić coś do jedzenia, a on twierdził, że świetnie sam sobie daje radę.

No więc właśnie widzimy, jak świetnie.

Natomiast połowa winy należy do Pitera, który od września „nie miał czasu” zająć się korepetycjami. I nawet kiedy sami już robiliśmy przez Skype włoski, kompletnie mu nie szło załatwienie w tej samej szkole angielskiego dla dziecka.

Dzisiaj BB ma pierwszą lekcję indywidualnego przygotowania do przyszłorocznej matury. I będzie je miał przez wakacje i całą następną klasę. Zła jestem, jak cholera, ale patrząc Pollyanną: lepiej później, niż wcale. A ja po prostu nie jestem w stanie robić z nim wszystkiego.

Jestem zmęczona. Głównie psychicznie. Staram się przewietrzyć i przemeblować w głowie, ale ciężko mi idzie. Pewnie dlatego wróciłam do puzzla. Koncentracja na kolorach i szczegółach bardzo dobrze wycisza. I uruchamia zardzewiałe drogi neuronowe. I to jest to, czego teraz potrzebuję, żeby iść dalej.

© 2020, Jo.. All rights reserved.