Książka kucharska

Postanowiłam napisać książkę kucharską. W sumie niby mało roboty, bo od ponad dekady rzeźbię te blogi kulinarne, gotuję na co dzień i w ogóle jakieś pojęcie o garach posiadam.

Tak na własny użytek, bo ja jednak jestem zacofana technologicznie i wkurza mnie konieczność włączania kompa przy każdym niemal gotowaniu.

I jeszcze… No dobra, przyznam się… Chodzi o to, że dla mnie słowo drukowane, to jednak słowo drukowane. Nie zniknie, jeśli nie zapłacę abonamentu za domenę… Albo jeśli ktoś wywali cały Internet w kosmos… Można z niego korzystać w każdej chwili. Z tego słowa drukowanego. Nawet, jeśli są problemy z siecią. W prezencie można podarować. Na półce postawić. W mojej ocenie PLUSów cała masa!

No i się zaczęło.

OK, to jaką tę książkę?

Może… Oberżyna Świątecznie? Albo Kolacje w Oberżynie? A może The Best of Oberżyna?

Tylko że, cholera jasna, ulubione to u nas są wszystkie… No: wszystkie dania, które przyrządzamy… Nie gotujemy czegoś, czego nie lubimy. Życie jest za krótkie na jedzenie śmieci, jeśli można jeść coś dobrego! A już szczególnie, kiedy samemu się to jedzenie przygotowuje w domu!

Od lat mam taką zasadę, że skoro muszę się poświęcić i gotować dla rodziny, to równie dobrze, jak „OK, obleci”, mogę osiągnąć efekt „ŁAAAŁ, to jest czadowe!!!”. Nakład pracy ten sam. Wysiłek ten sam. A rezultaty jednak jakby inne…

No i jeszcze taki drobiazg, że ja nie znoszę niedobrego jedzenia. Nic na to nie poradzę.

Zatem wszystko, co robimy w domu, łapie się na tę ostatnią kategorię…

I co teraz?

Przecież nie zrobię książki z trzystoma przepisami?!?!

Ja to wiem, jak się dobić…

© 2020, Jo.. All rights reserved.