Kolonie

Czytam ostatnio ze zdumieniem, że przywracają letnie kolonie i obozy. Oczywiście z zachowaniem zasad bezpieczeństwa. No ja bardzo jestem ciekawa tego zachowania… Na przykład odstępów między osobami… Albo niebywania w miejscach publicznych… To chyba będzie kolonia karna, a nie forma wakacyjnego wypoczynku?

Chociaż jak mam być szczera, kolonie zawsze były dla mnie koloniami karnymi, a obozy podobnie. To był jeden z największych koszmarów mojego dzieciństwa.

Jako jednostka z trudem adaptująca się do życia zbiorowego, nienawidziłam wakacji. Bo wakacje oznaczały przymusowy wyjazd na kolonie lub obóz. Nikt nas nie pytał o zdanie – po prostu wysyłano nas „na wakacje”. Pewnego lata siedziałyśmy na kolonii sześć tygodni… Innego – wyjechałyśmy na kolonie dwie godziny po zakończeniu roku szkolnego. Po prostu Tatui wrócił z pracy w południe, kazał się pakować i chwilę później siedziałyśmy w samochodzie jadącym do Sielpi.

Lądowałyśmy w przypadkowym towarzystwie osób, których nie znałyśmy, co było dla mnie koszmarem. Zwłaszcza, że lądowałyśmy jako córki druha komendanta/naczelnika, więc raczej z otwartymi ramionami nas nie przyjmowano. Do tej pory pamiętam docinki nowych kolegów i złośliwości koleżanek…

Nie byłam w stanie spać w wieloosobowej sali. Nienawidziłam zorganizowanych form spędzania „wolnego” czasu. Tych wszystkich dwóch ogni. Tego śpiewania patriotycznych piosenek ze śpiewnika Iskier. Wycieczek autokarowych, podczas których rzygałam jak kot. Ohydnego kolonijnego jedzenia. Obozowego mycia się w lodowatej wodzie, w umywalniowej rynnie. Spania w namiocie. Mrówek w menażce. No i śmierdzącej latryny…

Na dodatek od dziecka cierpiałam na problemy adaptacyjne i trafienie w obce środowisko było dla mnie ogromnym stresem. Marzyłam o siedzeniu w domu! I zazdrościłam koleżankom z klasy babć na wsi, do których wyjeżdżały na całe lato.

Nas po prostu wywożono. Jak psa do schroniska. Trauma na całe życie.

Obiecałam sobie, że własnych dzieci nigdy nie będę zmuszać do wyjazdu na kolonie… Jeśli tego nie będą chciały.

Los jak widać jest złośliwy, bo raczej trudno sobie wyobrazić moich synów na koloniach…

Kuba był dwa razy na tzw. Zielonej Szkole, chociaż ja bym to raczej nazwała wycieczką z jednym noclegiem. Podobało mu się. Chyba.

BlueBoy pojechał raz. W pierwszej klasie gimnazjum. Na obowiązkowy wyjazd integracyjny. I powiedział, że nigdy więcej. Owszem, podobały mu się baseny termalne i zwiedzanie Wilna, ale o reszcie nawet nie chciał rozmawiać.

Najwyraźniej zorganizowane formy wypoczynku nie są dla każdego.

© 2020, Jo.. All rights reserved.