Copyright

To jest taka niezwykle irytująca sprawa, która na dobre żyje własnym życiem i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek miało się zmienić.

Poszanowanie cudzej własności.

Zwrócił mi Quackie uwagę na to, że nie można zaznaczyć tekstu i skopiować. A Tetryk – że owszem da się. Zatem dwa słowa na ten temat ode mnie.

Każde zabezpieczenie da się obejść, jeśli się wie, jak to zrobić. I wordpresowa wtyczka blokująca tekst przed copy-paste nie jest tu jakąś wybitnie ochronną tarczą. Ale nie takie jej zadanie.

Nie wiem, jak bardzo jesteście zaznajomieni z polską blogosferą. Ja w niej nieco pogrzebałam, no i będąc blogerką ponad dziesięć lat miałam do czynienia z różnymi sytuacjami. Również takimi, że ktoś skopiował sobie cudzy wpis blogowy i zamieścił jako własny.

Kradzione, bo tak to trzeba nazwać, bez eufemizmów, teksty pojawiają się na blogach, w czasopismach, a rekordzistka w tej dziedzinie wydała nawet książkę z cudzymi tekstami, podpisanymi własnym nazwiskiem.

Na blogach kulinarnych jest to codzienność. Sama osobiście znalazłam jeden przepis, bezrefleksyjnie kopiowany i wklejany na różne blogi, bez podania źródła. Z tymi samymi błędami w tekście. I z rąbniętymi autorce zdjęciami.

Na jednym z forów dziewczyny podawały konkretne nazwiska blogerek, które wysyłają jako własne cudze przepisy, z cudzymi zdjęciami, na konkursy dla czytelników konkretnych czasopism. Padły nazwiska, nazwy blogów i tytuły czasopism. Z tego, co wiem – proceder żyje, kwitnie i nikt niczego z tym nie zrobił.

Ostatnio zetknęłam się z dwiema sytuacjami, które mnie po prostu zamurowały. Jedna dotyczyła kradzieży tekstu z bloga kulturowo-podróżniczego. Tu naprawdę trzeba włożyć sporo pracy w przygotowanie i napisanie tekstu. No i ktoś go sobie… przysposobił… W drugim przypadku było jeszcze lepiej, bo „koleżanka” pożyczyła nie tylko opis robótki, ale dołączyła do niego zdjęcie gotowej firanki, tak jak je wrzuciła autorka – z jej pokojem, meblami i ulubionym wazonikiem po prababci. Oczywiście z komentarzem: „Patrzcie, jaką piękną zrobiłam firankę.”.

Zatem te moje zabezpieczenia, zapewne wzbudzające śmiech u fachowców, są prostym zabiegiem mającym na celu podstawową ochronę mojej radosnej twórczości. Bo chyba jednak szlag by mnie trafił, gdybym gdzieś zobaczyła, że ktoś sobie swobodnie dysponuje moją pracą. Natomiast mam pełną świadomość, że są one do obejścia, tylko że raczej pani Zenia ich nie skopiuje i nie wyśle na konkurs do Durszlaka.

A tak na marginesie: ja tego zupełnie nie rozumiem. Jak można rąbnąć komuś wpis blogowy i zamieścić jako własny?!?! Że już nie wspomnę o startowaniu z czymś takim do konkursów, czy wydaniu książki… OK, ja też czasem coś pożyczam. Ale podaję źródło. Jedynym wyjątkiem (i tu mam strasznego moralniaka) są internetowe memy… Bywa, że nie potrafię dojść autorstwa i wrzucam tak, jak jest. ALE gdyby ktoś się do mnie odezwał „Ej! To moje!”, natychmiast bym podpisała lub – jeśli takie byłoby żądanie autora – usunęła ze stosownym komentarzem.

Tymczasem… No ja jednak naiwna jestem… Bo tymczasem miałam do czynienia w kilkoma dość ordynarnymi akcjami u koleżanek blogerek, którym ktoś ukradł tekst, a po zwróceniu uwagi, zjechał autorkę, że… powinna być wdzięczna za udostępnienie!!! Wywiązywała się ostra pyskówka, padały groźby i to z OBU stron!!! No ludzie…

Zresztą ta sugestia wdzięczności, zdumiewająca mnie do granic, padała nie tylko w takich okolicznościach. Znaczy: od złodzieja. Podobnie myśli spora grupa blogerek, komentujących czyjeś żale („słuchajcie, u Gośki Ramośki znalazłam mój przepis/obrusik/komódkę/bluzeczkę, bez słowa komentarza, że to z mojego bloga i mojego autorstwa i na dodatek wrzuciła moje zdjęcia!”) słowami: „powinnaś czuć się doceniona, skoro ktoś kradnie twoją pracę”.

No nie. Sorry bardzo, ale jeśli ktoś uważa kradzież, za DOCENIENIE mojej pracy, to chyba mieszkamy na skrajnie odległych planetach. I właśnie dlatego na moich nowych blogach zainstalowana jest (banalna) blokada kopiowania tekstów.

© 2020, Jo.. All rights reserved.