Dzień Matki

Przysięgam, plan był taki, że dzisiaj po prostu nie będzie wpisu. Albo napiszę o Funi. Niestety półprzytomna włączyłam telefon i zalało mnie dniomatczyne tsunami. I już wiedziałam, że się nie da.

Ponieważ na TYM BLOGU jeszcze tego tematu nie było, to machnijmy go czym prędzej i miejmy z głowy, OK?

Nie obchodzę Dnia Matki. Mało tego: irytuje mnie bardziej, niż Dzień Kobiet i Dzień Osób Niepełnosprawnych. I oczywiście zaraz powiem dlaczego.

Jestem matką od mniej więcej ośmiu tysięcy czterystu dni. Mniej – bo tak formalnie, to od 12 czerwca ’97. Więcej – bo w ciąży też się matką czułam. Zatem Dzień Matki to dla mnie każdy z tych dni. A od mniej więcej siedmiu tysięcy z kawałkiem, to nawet dubeltowo.

Każdego dnia jestem matką w takim samym stopniu, jak 26 maja. OK, nie codziennie dostaję serduszka, kwiatki i czekoladki (chwała Bogu, bo zwłaszcza tych codziennych czekoladek mogłabym nie przeżyć…), ale codziennie jestem matką. I do szału mnie doprowadza zauważanie tego raz w roku. Że nie wspomnę o celebracji.

Chociaż nie – wspomnę. Naprawdę mam w głębokim poważaniu cyrk laurkowo-życzeniowy. Chcesz pokazać mamusi, jak ją kochasz? To rób to każdego dnia, cholera! Patrz dalej, niż twój koniec nosa, od stycznia, do grudnia! Zamiast czekoladek – bądź uprzejmy i pomocny. Zamiast kwiatów – pomóż w czym tam trzeba. Zamiast życzeń – codziennie powiedz coś miłego. Bądź dobrym człowiekiem. Miej szczęśliwe życie. Żadna matka więcej nie potrzebuje.

No i jeszcze taka sprawa… Matką jest się całe życie swojego dziecka. I przez to całe wspólne życie, każdego dnia, buduje się relacje. I powiedzmy sobie szczerze: w większości przypadków to właśnie matka odpowiada za to, jakie one są. Więc…

Nienawidzę wrzucania wszystkich do jednego worka. I domagania się czegoś dla wszystkich. Na przykład dla wszystkich matek. Dla tych, co porzuciły swoje dzieci, albo nigdy nie miały dla nich czasu, też? Dla zajętych wyłącznie sobą egoistek, którym dzieci wisiały, niczym kamień u nogi? Dla matek doprowadzających swoje dzieci do depresji? Dla tych, co wiecznie były niezadowolone i wyżywały się za swoje niepowodzenia życiowe? Na litość boską – ludzie, ogarnijcie się! W niektórych przypadkach żądanie wdzięczności dla mamusi jest po prostu nieludzkie wobec jej dziecka!

Więc może zamiast raz w roku rzucać tymi lukrowanymi goździkami, postarajmy się być dla siebie na co dzień. I nie stosujmy uogólnień. One nigdy nie są sprawiedliwe.

PS.
Tak, kocham moje dzieci najbardziej na świecie. Chociaż moje bycie matką jest codziennym zdawaniem cholernie trudnego egzaminu. I nierzadko go oblewam. A potem staję do niego ponownie.
Czasami mam tak potwornie dość. A czasami nie mogę uwierzyć w to, co wspólnie udało nam się osiągnąć.

Nie zamieniłabym ich na nikogo na świecie.

© 2020, Jo.. All rights reserved.