Dom wariatów

Moja paskudnie skręcona noga ma się tak sobie. Zapewne miałaby się lepiej, gdybym nie latała po wykrotach w sobotę, nie sadziła warzyw w niedzielę i nie stała w poniedziałek pól dnia przy desce do prasowania, a potem nie poleciała robić obiad, po którym BB strzelił mi takiego focha, ale takiego focha, że musi pomóc w posprzątaniu kuchni, że o mało z zawałem nie wylądowałam na pogotowiu.

Ale oczywiście do rozsądku to u mnie daleko, zatem już we wtorek okazało się, że jest gorzej niż było w poniedziałek i ostatecznie utknęłam w watykanie z usztywniaczem.

Ma to swoje dobre strony (och, przecież znana jestem z tego szukania dziury w całym PLUSów w minusach!). Po pierwsze odczuwam wielce naganną satysfakcję z tego, że panowie muszą sobie sami poradzić z każdą sytuacją. Na przykład taką jak wczoraj, kiedy to Piter siedział na drugiej godzinie kola, a wkurwiony na niewychodzącego pasjansa Jakub poleciał do kuchni wyładować swoją frustrację na bracie. Tym razem BlueBoy nie zamierzał ograniczyć się do wściekłego wrzasku, doszło do rękoczynów, po których trudno było określić, kto był broniącą się ofiarą, a kto agresorem.

Siedzenie w domu od ponad dwóch miesięcy źle wpływa na wszystkich, ale szczególnie odczuwalne jest to w przypadku Jakuba.

Że już o tym pisałam? No pisałam. Ale nic się nie zmieniło – nadal siedzimy w domu. I jest coraz gorzej.

Sobotnia wycieczka na Ziemię Przodków dała trochę oddechu, ale niewystarczającego na dłużej. Zdecydowanie byłoby lepiej, gdybyśmy mogli sobie tam posiedzieć kilka dni.

Znaczy: możemy posiedzieć. Nikt nam nie broni. Tylko… no trochę niewygodnie na tym rzepaku przemieszanym z czymś tam. A ja nie powinnam za długo na słońcu… No i kibla żadnego nie ma… Mogłoby nam nie wyjść na zdrowie i to nie tylko psychiczne.

Wyłącznie z miłosierdzia – to moja druga, powszechnie znana cecha – nie opiszę teraz tego, co się działo wczoraj wieczorem w naszym domu. Oraz jakie teksty lecą od rana z pokoju Jakuba, mającego póki co szlaban na kompa i pasjanse. Ciężko jest. Nie od dziś, więc niby człowiek przywykł, ale to raczej podpada pod „przewlekły stres”, a nie: „normalka”.

Po wyładowanym na bracie ataku furii, Kuba odzyskał kontrolę nad sobą i natychmiast uświadomił sobie, co zrobił. Dla odmiany wpadł w maniakalne przepraszanie oraz protesty odnośnie szlabanu na komputer do niedzieli. Dla urozmaicenia sytuacji BB konsekwentnie odmawia przyjęcia przeprosin i okrasza te odmowy odpowiednimi inwektywami pod adresem brata.

I teraz bardzo uprzejmie proszę o powstrzymanie się od komentarzy, typu: „on nie chciał”, „biedny Kuba”, „biedny BB”, „och, daj mu spokój”, „nie możecie dawać mu kary”, czy podobnych. Zwłaszcza Madre uprzejmie proszę, bo Madre ma ten nieprawdopodobny zwyczaj bagatelizowania sytuacji. A sytuacja jest taka, że Kuba bywa nieobliczalny w całkowicie nieprzewidywalnych okolicznościach i najczęściej atakuje wtedy BlueBoya. A ponieważ obaj panowie do ułomków nie należą, to sytuacja jest groźna. Tak, właśnie groźna. Zwłaszcza, że żaden nie panuje nad sobą, a ja – bo najczęściej mój mąż nie reaguje – nie mam siły, żeby interweniować. No to wyobraźcie sobie taką akcję w miejscu publicznym… A zdarza się…

Ze względu na problemy kardiologiczne BB nie może ćwiczyć sztuk walki. Musimy przy najbliższej wizycie w Aninie zapytać, czy może chociaż jakiś kurs samoobrony wchodziłby w grę. Bo gdyby raz Jakuba się unieruchomiło, to możliwe że więcej by nie zaryzykował.

Mieliśmy taką sytuację rok temu w szkole: Kuba ma w klasie kolegę, który go zaczepiał. Też autysta, zresztą bardzo podobnie funkcjonujący. No i za którymś razem Kuba założył mu profesjonalną dźwignię i kolega więcej do niego nie wystartował. Potem tylko nauczycielka nas pytała, skąd Kuba to umie. Prawdę mówiąc: nie mamy pojęcia.

Zatem jeden się gotuje w swoim pokoju i „nie może skupić nad lekcjami”, drugi gada na cały głos u siebie (bo w ten sposób odreagowuje) i z zaciśniętymi zębami wypełnia państwami i ich stolicami rubryczki tabeli, czekając na zniesienie szlabanu na kompa. A ja się zastanawiam, co mam zrobić… I coraz bardziej przeraża mnie perspektywa zakończenia szkoły w przyszłym roku.

Jeszcze słowo o tym szlabanie. Czy też o karach w ogóle.

Ja wiem, że Kuba ma 23 lata. I naprawdę dawanie mu kar jest dla mnie idiotyzmem. Ale to jest jedyna rzecz, która go zatrzymuje. Przy czym nie mamy żadnej gwarancji, że coś to da. To znaczy: że zadziała wychowawczo. Bo on wie, że nie wolno kogoś bić. Ale kiedy to się dzieje, kiedy wyładowuje swoją wściekłość na kimś (lub na sobie), absolutnie nie panuje nad sobą i nie kontroluje swojego zachowania. Chwilę po tym chodzi i przeprasza, i wie, że zrobił coś, czego nie wolno robić. Ale to jest po całej akcji. I to właśnie jest najgorsze.Bo nic nie można zrobić. Żadne rozmowy, wyjaśnienia, tłumaczenia nie działają. W teorii wie. W praktyce jest poza kontrolą.

No i jest jeszcze BlueBoy. Drugi autysta, który nie jest w stanie zrozumieć całej sytuacji. Niecierpiący brata. Nieustannie dający tę swoją niechęć odczuć. Chamski wobec niego i nie panujący nad swoimi odzywkami, które często prowokują kolejne spięcia. No i w opisanej sytuacji z wczoraj – domagający się sprawiedliwości. Skoro nie możemy Kuby zabić albo umieścić w domu opieki, to przynajmniej powinniśmy go ukarać…

Fajnie, nie?

© 2020, Jo.. All rights reserved.