INFLUENCER

Mniej więcej w połowie ubiegłego roku wymyśliłam sobie, że zostanę zawodową blogerką.

Pusta Blogerka

Bo to jest coś, co i tak robię na co dzień. Znaczy blogowanie. To mogłabym się uzawodowić.

Skończyłam trzy bardzo dobre kursy. Naprawdę solidnie podające mnóstwo wiedzy o blogach i blogowaniu. Dzięki nim odkryłam kilka rzeczy. Parę innych potwierdziłam (w sensie, że coś, co sama wymyśliłam, nie było takie głupie). Przygotowałam sobie plan działania.

Nie miałam tylko bloga, który nadawałby się do sprofesjonalizowania…

Zatem najpierw musiałam stworzyć blog.

Nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać i z pewnością robiłam z siebie konkursową idiotkę zadając pytania Zenboxowi oraz męcząc Tetryka, ale w końcu blog powstał. A właściwie trzy, bo nie mogłam się zdecydować, czy mam być zawodową blogerką kulinarną, ogrodową, podróżniczą czy parentingowo-lajfstajlową. No za wszechstronna jestem… Nic na to nie poradzę…

Poza tym, jak już może się zorientowaliście, mam tendencję do kasowania co jakiś czas własnych blogów, więc pomyślałam, że jak sobie zrobię kilka, to może jakiegoś nie skasuję i nie będę musiała znowu wszystkiego zaczynać od początku. Na przykład taki podróżniczy powinien być w miarę neutralny i nienarażony na moją chęć unicestwienia… Ten kulinarny też powinien się obronić… Najwyżej blog osobisty pójdzie pod nóż, jeśli znowu najdzie mnie życiowy megafoch.

No i proszę państwa… Kiedy już miałam te blogi (ej! bardzo dużo w nich sama zrobiłam! na przykład takie coś, że nie można kopiować (i ukraść) tekstu albo zdjęcia! w sumie to nie wiem, czy jest się z czego cieszyć, bo ja też nie mogę sobie skopiować tego, co napisałam… albo różne takie te co robią potrzebne rzeczy…). No kiedy już miałam te blogi, fanpejdże, opracowaną taktykę i wiedzę wyniesioną z trzech bardzo profesjonalnie przygotowanych szkoleń, weszłam sobie na kilka wzorcowych blogów. A nawet je zasubskrybowałam…

I to był koniec moich marzeń o zostaniu profesjonalną blogerką. Oraz o telewizji śniadaniowej.

Nie.

Nie.

I jeszcze raz NIE!

Te wszystkie blogi zrobione według zasad, są identyczne. Różnią się treścią, osobą autora, tematyką, ale są takie same. Mają te same nagłówki, zakładki i sposób rozmawiania z czytelnikami. Stosują identyczne metody przyciągania uwagi i utrzymywania jej. Niemal szablonowo umieszczają skopiowane ze wzoru informacje. No i z zegarkiem w ręku pilnują częstotliwości.

Nie będę wisieć na Instagramie. Ani na jakimś Instastory, czy jak to tam się nazywa.

Nie będę wysyłać swoim czytelnikom pięćdziesięciu powiadomień o tym, co robię.

Nie będę wrzucać tekstów na rybkę, bo trzeba przecież COŚ dzisiaj wrzucić.

Mówię FY klikbajtom.

I generalnie mam to w dupie.

Najwyraźniej po prostu nie nadaję się na profesjonalną blogerkę. I wiecie co? CAŁE SZCZĘŚCIE.

Lubię pisać. No kocham wręcz. Pisanie jest moim jedynym połączeniem z ludźmi. A bywa, że i ze mną samą. Tą Drugą Mną. No wiecie: RYBY.

Bywa, że jednokierunkowym, ale przecież nawet gdyby nikt mnie nie czytał, i tak bym pisała! Oglądaliście Pod słońce? „Bo nic innego nie mogłabym robić!”.

I lubię blogować. To taka fajna forma ekspresji… I praktyczna, jeśli zapisuję receptury kulinarne albo miejsca, w których jadłam dobry obiad.

Ale absolutnie nie nadaję się na blogerkę-influencerkę!!! No w życiu! Ja to robię dla własnej przyjemności. To jest taka moja forma samorealizacji. Fascynuje mnie tworzenie dla tworzenia. Nie umiem napisać tekstu sponsorowanego. Jak coś chwalę, to dlatego że mi się podoba. Jak coś zjeżdżam, to dlatego, że mi podpadło. Zero wyrachowania. Zero manipulacji. Ja manipulację i zasięgi mam w głębokim poważaniu!

Po tym, jak użalałam się, że nikt mnie nie czyta, zrobiłam sobie autoanalizę i doszłam do wniosku, że ja NIE CHCĘ być popularną i masowo czytaną blogerką! Jestem absolutnie szczęśliwa żyjąc w swoim mikro świecie i prowadząc kameralne rozmówki przy herbacie.

No dobra, i tak wszyscy wiedzą, że to Martini Prosecco…

Jest super!

Pomijając chwilowo wątek autyzmu.

I epidemii, przez którą utknęliśmy w domu.

Nauczania „zdalnego”…

Braku domu na wsi…

Pozostanę zatem przy moim nieprofesjonalnym podejściu do blogowania, ale za to nie będę wam (ani nikomu innemu) wyskakiwać z lodówki. Sama bym tego nie zniosła.

I chyba sprawdzę jak tam zapasy w lodówce. Taką decyzję trzeba przecież należycie uczcić!

© 2020, Jo.. All rights reserved.