CUD na Ziemi Przodków

Mówią: „Lecz się na nogi, bo na głowę za późno.”.

U mnie jak zwykle jest na odwrót… I zdecydowanie powinnam zająć się głową, bo z nogą… Z nogą to pisałam…

Na tę sobotę Kuba czekał od wielu tygodni. Planował ją. Nie wiem, czy o niej śnił, ale nie zdziwiłabym się. Ostatecznie pożegnał chyba Pole Chwastów i postanowił obdarzyć uczuciem Ziemię Przodków.

A dwa dni przed planowanym wyjazdem matka sobie zwichnęła tę głupią nogę.

I to BARDZO.

Spoko – nie będę powtarzać opisu. Jak ktoś bardzo chce, może sobie wrócić do wczorajszego wpisu i przeczytać.

Wizja rozczarowanego, żeby nie powiedzieć: zrozpaczonego Jakuba, była jednak o wiele bardziej druzgocząca od perspektywy trafienia na ortopedię w czasach koronawirusa. Zatem zamiast jak normalna matka wykorzystać kontuzję do złapania oddechu i zaangażować wszystkich domowników do obsługi, zaczęłam rozpaczliwie szukać cienia

[a właśnie że nie!!! żadnego ostrego cienia i bynajmniej nie mgły!]

szansy na ten wyjazd.

Problem polegał na tym, że ból był nieziemski a ja odmawiałam konsultacji z lekarzem lub farmaceutą.

Nakleiłam AcuLife. Przeciwbólowe i przeciwzapalne plastry. Dla koni…

No co? Nakleiłam na opuchniętą pęcinę, więc jakby nieco się zgadza!

Piter stukał się w czoło i pytał, czy aby na pewno doznałam jedynie kontuzji stawu skokowego… Bo w jego ocenie, to cudem będzie jeśli w niedzielę uda mi się zejść po schodach.

Po dobie z LifeWave i usztywniaczem zeszłam na dół na urodzinową kolację Pitera oraz kolejny seans kina domowego.

A dzisiaj, nadal oklejona plastrami, pojechałam na Ziemię Przodków.

Naszym oczom ukazało się coś takiego:

Nie, nie uprawiamy rzepaku i nie bierzemy subwencji rolniczych. Po prostu wszystko zarosło chwastami.

Sąsiad mówi, że w ciągu tygodnia.

Powiem tak: jeśli przeżyliśmy TO oraz drogę w Grand Canyon du Verdon, to naprawdę mało co jest w stanie nam zagrozić…

Panowie karnie wyrąbywali przesieki w gąszczu. Głównie tam, gdzie jesienią sadziliśmy krzewy. Większość przeżyła (jesiennych nasadzeń, bo że małżonek i synowie to raczej widać – chociaż nie powiem: perspektywa zakopania tego pierwszego w celu usunięcia śladów zbrodni w afekcie była kusząca… nikt by go tu nie znalazł…).

Najbardziej oberwały drzewka owocowe posadzone przed ogrodzeniem, ale nie z powodu dziwnej zimy czy niedoborów wody. Po prostu zostały pożarte przez sarny…

Niestety ta piękna, dzika łąka zagrażała naszym dereniom, brzozom i głogom i musiała zostać unicestwiona… Ogrom czekającej na nas pracy był przerażający i wywarł wrażenie nawet na moim stoickim mężu, który zadzwonił po pomoc do sąsiada – właściciela czerwonego traktora z takim czymś, co w ciągu kwadransa wykosiło to nieszczęsne tysiąc metrów plantacji…

I ja, proszę państwa, przez kilka godzin latałam po tym polu, wyrywałam chwasty, kucałam, szarpałam się z motyczką.

Po wykrotach latałam, rozumiecie???

Nie wiem wprawdzie czy mi jutro noga nie odpadnie, ale oglądałam ją po powrocie i wygląda w miarę normalnie. Trochę zaczęła boleć, ale w sumie trudno jej się dziwić. Na wszelki wypadek nadal mam ją oklejoną AcuLife, chociaż niektórzy twierdzą, że to czysta sugestia.

Ja tam nie wiem, czy sugestia, bo realnie patrząc nie było cienia szansy, żebym na tej nodze stanęła. A ja dzisiaj odstawiałam na niej istne akrobacje.

Kiedy już wracaliśmy do Warszawy, mąż zapytał mnie,

[sama nie wiem, skąd u niego tyle odwagi, żeby mnie o cokolwiek dzisiaj pytać… acha – to on powiedział jesienią, że przesadzam z twierdzeniem, że trzeba NATYCHMIAST to pole odchwaścić i obsiać trawą, bo nam zarośnie chwastami…]

gdzie mam kluczyki od samochodu. Bo może bym mu je oddała ewentualnie.

Popatrzyłam na niego mało życzliwie.

– Przepraszam, od pół godziny WYDAJE MI SIĘ, że jedziemy???
– Nie, no skąd. Ale tu wystarczy, że kluczyki są gdzieś w samochodzie i można uruchomić silnik…

Chyba się jednak z nim rozwiodę…

© 2020, Jo.. All rights reserved.