Urodziny

Pięknie się popisałam, nie ma co… No takich urodzinowych atrakcji to Piter jeszcze nie miał. Przynajmniej za czasów naszego małżeństwa.

Otóż zwichnęłam sobie wczoraj nogę. Ale TAK, jak nigdy. Nawet wtedy, w liceum, kiedy z Mirabellą trochę…eee… nabijałyśmy się z jednej nadmiernie uduchowionej koleżanki i nie zauważywszy dwóch ostatnich stopni zleciałam ze schodów…

Tym razem ból był taki, że mam przerwę w życiorysie i nie pamiętam kilku minut. Serio. Myślałam, że umieram. I tylko dziwiłam się, że mi całe życie nie przewija się przed oczami. No dobra – dziwiłam się w ramach esprit d’escalier, ale to chyba też się liczy?

W rezultacie siedzę na górze, bo jak weszłam

[eufemizm z konieczności]

to tak zostałam. Z trudem dowlekam się do łazienki, a i to wyłącznie wtedy, kiedy nie mam wyjścia. Stopę mam pięknie spuchniętą, bolącą jak jasna cholera, usztywnioną, wysmarowaną, pookładaną i oklejoną patchami.

Tort chłopaki muszą dokończy sami. Obiad urodzinowy odbędzie się bez mojego udziału. Planowane wyjścia trzeba będzie przełożyć. Albo panowie pojadą beze mnie.

Na razie w ogóle nie chcę myśleć o sobocie, na którą planowaliśmy długo wyczekiwany przez Kubę wyjazd na wieś…

Że tym razem NIE DA SIĘ znaleźć PLUSów?
No proszsz… A niby tyle lat się znamy…

Całe szczęście, że nie zleciałam ze schodów, bo raczej bym już tego tekstu nie pisała.

Ani żadnego innego.

© 2020, Jo.. All rights reserved.