Wtoreczek

No i proszę: optymizm przynosi rezultaty!

Jak już wystosowaliśmy odpowiednią epistołę do szkoły BlueBoya i wyszliśmy z Luśką na spacer do piekarnika, w jaki zamieniły się Dzikie Pola przed zapowiadanym załamaniem pogody, to wszystko zaczęło się jakoś układać.

Najpierw okazało się, że chyba mamy zrobione wszystkie prace domowe i pozostało nam już jedynie przygotowanie do wiosennej sesji.

Tak, rok temu zrezygnowałam ze studiów, bo nie byłam w stanie się uczyć… I ja to zostawię kompletnie bez komentarza…

Potem pojechaliśmy odebrać moje okulary i zabraliśmy ze sobą Kubę, żeby BB mógł spokojnie robić lekcję angielskiego on-line. Kubie to wyjście z domu przypadło do gustu i chyba był nawet zadowolony.

Co do okularów, to nie pamiętam, czy pisałam, że mam genialnego optyka? No ge-nial-ne-go. Jest drugą osobą na świecie – po Doktorze Habeli – która potrafi dobrać mi szkła i jedyną, co nie dość, że zawsze mi dobierze odpowiednie oprawki, a następnie je idealnie wyreguluje, to jeszcze potrafi doprowadzić do tego, że niemożliwe staje się możliwe i mam kapitalne okulary przeciwsłoneczne, których „nie da się” zabarwić na takie zacienienie, o jakie nam chodziło.

No to się dało.

Dalej?

Wracając zahaczyliśmy o Biedronkę po sąsiedzku, bo zabrakło nam gorgonzoli do pasty z radicchio. No i okazało się, że dowieźli Aperol w biedronkowej cenie…

Następnie Kuba – bardzo zadowolony po wycieczce – SPOKOJNIE poszedł do swojego pokoju.

No OK, najpierw zjadł żurek, co nie jest bez znaczenia.

Że żurek. Bo on kocha żurek i na ogół jest szczęśliwy mając go na obiad.

Napisałam, że na ogół, prawda?

Zaraz po obiedzie przyszły buty, co to je sobie kupiłam na pocieszenie…

A chwilę po tym zadzwoniła fryzjerka, że przyjmują zapisy i czy byśmy nie reflektowali…

Wieczorem mieliśmy jeszcze w planach tenisa. Oraz załamanie pogody, wraz z burzami, przed którymi od rana ostrzegał mnie telefon.

Pojechał Piter, bo szkoda mi było chwilowej flauty emocjonalnej moich synów.

Mniej więcej w połowie tenisa rozszalało się niebo.

No więc pytam małżonka, czy nie zamierza czasem wrócić do domu?

Odpisał mi pół godziny później, kiedy w zasadzie zaczęłam się zastanawiać, czy spisał testament i ewentualnie gdzie go może trzymać. Że owszem, zamierza.

No to ja go pytam głosem cukrowej wróżki, czy tam,na tym Ursynowie, to nie padało?

A on mi, że owszem.

No to ja wyraziłam zainteresowanie, jak się gra w tenisa wodnego?

„Aaa… nie… W ostatniej chwili ktoś zrezygnował z krytego kortu, więc na nim grali…”.

Życie jest piękne!

© 2020, Jo.. All rights reserved.