Tydzień kolejny

Przestałam liczyć, który to już tydzień domowej izolacji. Nie chce mi się.

Kuba od rana ma jakieś problemy, tradycyjnie trudne do zdiagnozowania. Nic mu nie pasuje i z wielką pasją daje nam to odczuć. Już przez moment było stabilniej, bo sam zaczął mówić, że „nie znamy daty zakończenia epidemii” i „może uda nam się pojechać na wieś?”, ale na szczęście nie zaczęliśmy się do tej stabilizacji przyzwyczajać, bo jak widać długo nie przetrwała.

Z kolei BB zaliczył dwie pały za brak kwietniowej pracy domowej, której za cholerę nie mogliśmy odnaleźć w natłoku codziennie spływających poleceń.

To ja mam takie pytanie: doświadczamy nowej wersji pracy z uczniem o specjalnych potrzebach edukacyjnych? Coś przegapiłam? Poza tymi pracami domowymi, rzecz jasna.

Szlag mnie cholerny trafia, bo siedzimy po kilka godzin, CODZIENNIE, odwalamy te pytania, punkty i opracowania, skanujemy, wysyłamy, oglądamy. No kurwa mać, bez przeproszenia! A nauczyciel, który dostaje co tydzień kilka stron rzetelnego opracowania kolejnych tematów, zamiast zapytać autystycznego ucznia, którego zna od dwóch lat: „Janek, co się dzieje z twoimi pracami? Bo mi dwóch nie oddałeś?”, po prostu wali mu te pały, jak wszystkim innym.

Kuba jest koszmarnie zaniedbany, bo nie daję rady działać na dwa fronty.

Piter już się nie wyrabia zawodowo i gdyby nie poprzedni weekend, kiedy trochę udało nam się odgruzować dom, to nie wiem, jak by było.

Ja już nie wiem, jak się nazywam i ostatnio miałam problem na badaniach, bo upierałam się przy nazwisku na P, kompletnie zapominając, że urzędowo występuję pod F.

Na dodatek zabiły nas ceny szafek, które to mieliśmy sobie trzasnąć jako rekompensatę niewyjazdu do Włoch.

I mieliśmy ostatnio powrót do przeszłości w postaci małej, rodzinnej aferki… No wiecie: takiej w stylu Szkiców, albo i nawet Takich Tam

I jak ja tu znajdę dziś PLUSa?

Ooo… kochani… to wy mnie w ogóle nie znacie…

Po pierwsze: owszem, nieco się zagotowałam, ale damy radę. Zarówno edukacji, jak i rodzinnej próbie sił. Otrzepaliśmy kolanka i robimy swoje.

Po drugie: wczoraj na spacerze, zupełnie niechcący kupiliśmy kilka krzaczków. I orzecha włoskiego. Będzie fajnie. Tylko niech ta pogoda się załamie i odłamie, żeby można było pojechać na Ziemię Przodków.

Po trzecie: ptaki mi za oknem dostają szału. Jakieś skowronki drą się od rana. Słońce świeci, a ja nawet pamiętam o używaniu blokera.

Chrzanić resztę.

PS.
A do szkoły już napisaliśmy.

© 2020, Jo.. All rights reserved.