Lekcja włoskiego.

Key przysłała mi na WhatsAppie wypracowanie Eve: „Przeczytaj!”. I chociaż jestem głęboko przekonana o literackich zdolnościach mojej chrzestnej córki, to jednak pozostanę przy niemym zachwycie. Bowiem mimo blisko trzydziestu lat polsko-włoskich związków, kompletnie nie władam językiem moich siostrzeńców, co przyznaję z wielkim bólem, wstydem i wyrzutami sumienia.

No może nie „kompletnie”, ale kompletnie też nie. Jak to mawia Key:

„Attenzione! Lei non parla, ma capisce tutto!”.

Ja w ogóle mam na bakier z językami, a z nauką jeszcze bardziej, co przyznaję skruszona wielce, ale co niczego nie zmienia. Dogadam się w obronie życia, znaczy w restauracji czy barze. Od biedy zrobię zakupy, ale już każde pytanie kasjerki wywołuje u mnie panikę, jak u Kuby spytanego, czy ma złotówkę przy płaceniu w sklepie na Ząbkowskiej. Uwielbiam włoski, jego brzmienie i melodię, ale nigdy nie nauczyłam się go w stopniu choćby podstawowym.

Najpierw, bo to był język Key. „Nie możesz sobie znaleźć innego??? Musisz TEŻ się uczyć włoskiego???”. No to się nie uczyłam.

Potem moja siostra miała pretensje, że tyle lat jeżdżę do Włoch i nie potrafię się dogadać, ale było za późno. Nie, to nie. Bez łachy.

Na dodatek wszyscy znajomi, z którymi przed laty spędzałam czas w Weronie, mówili po angielsku, więc szłam na łatwiznę.

Kiedy moja siostra założyła rodzinę, nadal nie mówiłam u niej po włosku, chociaż każdego roku spędzaliśmy razem sporą część wakacji. Bo jej dzieci miały się osłuchać z polskim, a mąż zacząć mówić po angielsku.

I tak płynęły lata, aż mi się wyczerpała cierpliwość.

Głównie do siebie.

I wreszcie postanowiłam coś z tym zrobić.

Nie nauczyłam się włoskiego? No to się go nauczę!

Nowa ja, rozumiecie.

Tylko jest taki problem, że ja nie mogę uczyć się sama… Mam tonę podręczników, samouczków, fiszek i Bóg wie czego do nauki włoskiego. Ale ja to nie Marianna. Brak mi zacięcia i ambicji. Robię coś i góra po trzech rozdziałach rzucam w cholerę, bo mi nie chodzi o wkuwanie formułek i odmiany essere – to już umiem. Natomiast nie umiem mówić. Nie działa u mnie ten tryb, który włącza mówienie. Ja potrzebuję regularnych lekcji i lektora, co to bacikiem po pęcinach. Inaczej – bez szans…

Odłożyłam pieniądze. Wydałam. Znalazłam szkołę językową w Wilanowie, w której można płacić co miesiąc, nie z góry za cały semestr.

Poszłam na lekcję próbną. Były dwie osoby. Ze mną włącznie.

Tydzień później pozamykali wszystko z powodu epidemii…

Zadzwonili ze szkoły, że w związku z sytuacją proponują nauczanie zdalne. Przez Skype. Ponieważ nie było innych chętnych – indywidualne.

Gdyby były jeszcze jakieś osoby w grupie – stawka byłaby o połowę mniejsza.

Więc… zapisałam siebie i Pitera…

Czyli za dwie osoby płacimy tyle, ile zapłaciłabym za moje lekcje indywidualne!

Właśnie zaczęliśmy drugi miesiąc nauki. Idzie nam nieźle, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę hiszpańskie nawyki Pitera 😉 i nie możemy się doczekać, kiedy z informowania o numerze telefonu i miejscu zamieszkania przejdziemy do tematów w rodzaju Al bar czy In trattoria

Wybijamy się na samodzielność 😉

PS.
Parę osób strasznie się ze mnie nabija. Że ha ha ha, no to mi się zebrało na starość, żeby odrabiać zaległości. No zebrało. Przecież mówiłam, że życie zaczyna się po pięćdziesiątce. A jeszcze kilka punktów na mojej liście czeka na swoją kolej!

© 2020, Jo.. All rights reserved.