Błogosławieństwo bycia nikim.

Mam nadzieję, że nie czyta tego żaden z moich terapeutów… Musieliby zmienić profesję, albo wpadliby w alkoholizm, z którego nie wyciągnęłoby ich żadne ubuntu… Nie chciałabym ich mieć na sumieniu, chociaż radość ze świeżo nabytej samoświadomości jest dla mnie mimo wszystko ważniejsza.

Powiem wam dzisiaj coś takiego, ale coś takiego, że się złapiecie zdegustowanymi rękoma za głowy! Słowo!

Właściwie całe życie byłam nie dość dobra. Nie przypominam sobie, żeby mnie za coś pochwalono. Raczej ciągle słyszałam, że kuzynka to ma same piątki, kuzyn podczas wakacji zarabia pieniądze, wnuczka sąsiadki robi przepięknie na drutach, córka przyjaciółki świetnie za mąż wyszła, a syn kolegi zrobił o-sza-ła-mia-ją-cą karierę i zarobił kupę kasy. No a ja nic. Jak już w końcu wyszłam za mąż, to mąż okazał się być sukcesem Tatui (bo mnie te dwadzieścia lat temu zabrał na wakacje w Bieszczady, gdzie poznałam Pitera). Jak przeprowadziliśmy się do własnego domu, to dostawałam listy „z korespondencją pana Piotra F.” (OD WŁASNEGO OJCA!!!). Jak odchodziłam od zmysłów przy dwójce cholernie trudnych autystycznych dzieci, to słyszałam pełne oburzenia: „Jak to NIE DAJESZ SOBIE RADY???”. Rzuciłam pracę i nie wiedzieć czemu nie szukałam nowej. Żyłam na utrzymaniu męża. Nie zrobiłam kariery. Nie można się mną pochwalić. No mogę tak długo.

I ja to sobie wszystko powypisywałam…

Wiecie do jakich doszłam wniosków?

Że kompletnie mnie to nie obchodzi.

I że bycie nikim jest absolutnie rewelacyjne. Bo nikt się nie może do człowieka przypieprzyć.

Jesteś nikim!!!

No, jestem. I co w związku z tym?

Bajka, nie?

W życiu się tak wspaniale nie czułam (pomijając codzienność z autystycznymi dziećmi, suki zżerającej robioną na zamówienie bibliotekę i męża, który nie wysyła uzyskiwanych przez rok papierów dalej, bo „chce się nimi nacieszyć”), jak przez ostatni rok, kiedy przestałam się bejsbolować cudzymi oczekiwaniami.

Nie skończyłam żadnego z trzech, rozpoczętych kierunków studiów. No nie skończyłam. I jest to wyłącznie problem mojej rodziny, nie mój. Nie uważam się (no teraz to serio piszę) za głupszą od Niuni, która jest po dwóch czy trzech kierunkach, ani od Key, wkuwającej do kolejnego egzaminu, po pracy w szkole. Ja w ogóle nie czuję się głupsza od większości ludzi, których znam. Bez względu na posiadane przez nich tytuły. I jedyną opinią w tym zakresie, jaka mnie interesuje, jest moja własna. Chociaż owszem, to dość miłe, że własny mąż raczej nie uważa mnie za idiotkę. Cóż… Gdyby uważał, to nie byłby już moim mężem…

Nie zrobiłam kariery zawodowej. Na litość boską… A JAK miałam ją zrobić, zajmując się przez ponad dwadzieścia lat dwójką autystycznych dzieci??? Na dodatek praktycznie sama, bo mąż musiał jednak zarabiać na nasze utrzymanie, a reszta rodziny trzymała się od nas na odległość udzielania reprymend i udawała, że nic się nie dzieje. To niby jakim prawem ktoś mi teraz robi zarzut z tego tytułu i dlaczego ja mam się tym w jakikolwiek sposób przejmować?!?!

Nie nauczyłam się włoskiego. No to się nauczę.

Jako jedyna w rodzinie nie mam prawa jazdy. Bolesne, ale nie sądzę, abym była jedyną na świecie osobą niejeżdżącą samochodem. Jakoś przeżyję.

Żadne wydawnictwo nie chce mi wydać książki. No dobra, a tak serio: do czego mi to potrzebne? Żeby sobie ego nakarmić? Bo powiedzmy szczerze: jeśli mówimy o karierze, sławie i telewizji śniadaniowej, to zdecydowanie nie moja bajka. Trzeba rano wstawać. Jeździć na spotkania. Odpowiadać na głupie (i często takie same) pytania. Ciągle ktoś cię ocenia. Po jaką cholerę mi takie atrakcje?!Nawet zbyt optymistycznie zakładając, że napisałabym coś, co by się sprzedało.

Jo., nie bądź śmieszna… Wiesz, że sprzedać można wszystko. Największy szajs rozejdzie się jak świeże bułeczki przy odpowiednim marketingu. Pracowałaś w reklamie, wiesz jak to działa.

No wiem. OK, cofam to ostatnie. Zatem powiedzmy, że by się sprzedało i musiałabym stawić czoła.

PO CO MI TO???

No właśnie nie wiem. Żeby dowieść, że coś jestem warta? Komu? Naprawdę odnosząc sukces będę więcej warta, niż jestem teraz??? Really???

No bez jaj!

Że dla własnej satysfakcji? Ależ kochani – dla własnej satysfakcji to ja sobie coś tam napiszę, Grześ mi złoży, wydrukuję w garażowym nakładzie 20 sztuk, postawię sobie na półce. I będę miała na prezenty. Ego nakarmione.

Jesteś nikim.

Cóż za wyrafinowany komplement! W życiu nie wymyśliłabym lepszego!

PS.
Pozostaje niestety bolesna kwestia finansów… O niej następnym razem, bo muszę złapać oddech.

© 2020, Jo.. All rights reserved.