Wtórna niesamodzielność

Może to się wydać głupie, bo przecież całe życie słyszałam, że nie mam prawa nie dać sobie rady, bez względu na to, czy chodziło o klasówkę z fizyki, czy o ogarnięcie rzeczywistości z autystycznymi dziećmi. Po prostu mi nie wolno. Jednak z drugiej strony każda moja decyzja zderzała się z krytyką lub przynajmniej dezaprobatą, więc w pewnej chwili miałam wrażenie pełnej schizofrenii i sama już nie wiedziałam, co mam robić.

Dość, że po wielu latach życia we w miarę partnerskim małżeństwie i bombardowania deprecjonującymi uwagami ze strony trojga moich rodziców (bo Filozof nigdy się do tego chóru nie przyłączył), byłam dość zmasakrowana emocjonalnie. I pewnego dnia odkryłam, że nie jestem w stanie samodzielnie podjąć żadnej decyzji – muszę mieć czyjąś zgodę lub przynajmniej aprobatę. „Tak, Jo., to dobry pomysł.”. „Jasne, Jo., możesz to zrobić.”.

Obudziła mnie moja dawna Profesorka z liceum. Robiłam koszmarną dietę. Na ohydnych produktach (na które – jak się później okazało – miałam alergię). I tradycyjnie wysyłałam w świat błaganie: „Niech mi ktoś powie, żebym rzuciła to w cholerę!”. A ona mi odpisała: „Sama sobie powiedz.”. Tak po prostu…

Jak to usłyszałam, to przez dobry kwadrans nie mogłam się ruszyć z wrażenia. Ale dopiero kilka lat później udało mi się z pełnym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie:

Do kogo należy twoje życie, Jo.?

No lat, lat. Takie rzeczy rzadko kiedy dzieją się od ręki. Mnie pomogła Ewelina i kilkanaście książek, przeczytanych po terapii u niej. Przy czym „przeczytanych” jest tu lekkim niedopowiedzeniem. Właściwszym byłoby użycie słowa „przestudiowanie”. Bo podobnie jak kurs Eweliny, tak lektura tych książek wiązała się z dość głębokim analizowaniem swojego życia, relacji z ludźmi, a przede wszystkim: własnych emocji.

To była ciężka praca. Czasami miałam jej dość. A czasami zderzałam się z lokomotywą. Ale w rezultacie odzyskałam swoje życie i pozbyłam się większości ciążących mi niczym kamień u szyi emocji. I oczywiście zdarza mi się jeszcze załamać jakąś czyjąś uwagą, albo i wkurzyć w związku z zaistniałą sytuacją, ale dość szybko łapię grunt pod nogami oraz dystans. Kapitalna sprawa – zwłaszcza dla kogoś, kto całe życie spędził na emocjonalnym wulkanie.

Co czytałam? Z ponad dwudziestu pozycji podam wam trzy (no cztery, ale jedna to ćwiczenia do książki głównej, więc policzę je razem, ok?), które w ciągu minionego roku miały na mnie największy wpływ.

Louise L. Hay, Możesz uzdrowić swoje życie i kapitalną: Praca z lustrem. 21 dni, które odmienią Twoje życie.
Nie we wszystkim zgadzam się z Hay, ale zwłaszcza ta druga książka, początkowo tak przeze mnie wyśmiana (no bo jak można w 21 dni odmienić swoje życie???), dokonała we mnie emocjonalnej rewolucji (można).

John Bradshaw, Powrót do swego wewnętrznego domu.
Wewnętrzny dom… No błagam… Jak ja się z tego nabijałam… Do zrobienia pierwszego testu z książki. Potem już tylko robiłam kolejne ćwiczenia.
Bradshaw pomógł mi uporać się z tym, z czym walczyłam latami, nie mogąc wyjść z zaklętego kręgu emocjonalnych manipulacji.

Elizabeth Gilbert, Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie.
Byłam święcie przekonana, że po kilku kartkach będę żałować tego zakupu. Poradnik. O magii. Litości…Tymczasem okazało się, że jest to jedna z najbardziej inspirujących książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Głównie dlatego, że odpowiada na pytanie: „Dlaczego powinnam olać cudze opinie na temat mojej twórczości i jak to zrobić?” Absolutnie genialne.

Oczywiście były też lektury, które mi się nie udały. Proctor, dajmy na to. Albo Vitale. Średnio wierzę w przyciąganie i jestem beznadziejna w wizualizacji, więc raczej marne mam szanse na zostanie tryskającą zdrowiem milionerką. Ale już Magia olewania, Sarah Knight czy Nie odkładaj życia na później, Joanny Godeckiej się przydały, chociaż jedynie potwierdziły mi moje własne przemyślenia na dany temat.

Jestem dość odporna na ideologie i jeśli mam kupić jakąś koncepcję, a co więcej: zastosować ją w swoim życiu, musi mnie przekonać. Większość poradników i książek motywacyjnych, czy też generalnie mieszczących się w dziale rozwój osobisty, do mnie nie przemawia. Ale nawet z tych, z którymi mi wybitnie nie po drodze, potrafię coś wynieść. Choćby jeden trafny cytat, który potem może mi się przydać, kiedy szukam motta na kolejny tydzień.

Miało być o wtórnej niesamodzielności… I tak naprawdę właśnie o niej jest. Bo nie da się odzyskać samodzielności, bez odzyskania kontroli nad swoim życiem. Z kontroli nie odzyskasz, dopóki nie jesteś dla siebie głównym autorytetem. A tym autorytetem nie zostaniesz, dopóki sam siebie nie cenisz.

Wiecie, jakie było dla mnie najtrudniejsze ćwiczenie na kursie Eweliny? Zrobić listę rzeczy, w których jestem cudowna.

No OK, mogę znaleźć coś, w czym jestem dobra. Ale cudowna??? I problemem wcale nie była fałszywa skromność, tylko niewiara w to, że mogę w czymś być więcej niż dobra. Bo już to dobra było mocno wątpliwe. Przecież ja całe życie słyszałam, że jestem rozczarowująco beznadziejna!

I wiecie, co zrobiłam, jak miałam spisać te swoje zalety? Poszłam do chłopaków i zapytałam Pitera i BlueBoya, co mam napisać…

Widzicie to??? Nie umiałam sama znaleźć swoich PLUSów!!! Poszłam zapytać męża i syna!!!

I to był najlepszy dowód na to, ile mam przed sobą pracy do wykonania…

Nie proszę już o pozwolenie, co nie znaczy, że nie konsultuję tego, co powinno być wspólnie ustalane. Przejęłam kontrolę nad domowymi wydatkami, mimo że to „nie są moje pieniądze” – zdaniem jednej takiej mojej ulubienicy. W ogóle przestałam zwracać uwagę na to, co sobie inni tworzą na mój temat. Odebrałam im prawo do urządzania mi życia. I przestałam zwracać uwagę na ich opinie.

A jeśli ktoś powie, że jesteś żyrafą, to nią jesteś?

No właśnie…

W którejś z książek przeczytałam, że

nie jesteś tym, kim widzą cię inni, ale takim, jak sam o sobie myślisz

A skoro tak, trzeba zacząć o sobie myśleć dobrze. I w siebie wierzyć. Ale przede wszystkim nie pozwolić nikomu decydować kim się jest.

Kółeczko się zamyka? Będzie jeszcze trzecia część.

© 2020, Jo.. All rights reserved.