Jo. – reaktywacja.

Rok temu postanowiłam odzyskać swoje życie.

Nie mogłam rzucić wszystkiego w cholerę i pojechać z jedną walizką do Toskanii, bo po pierwsze: w życiu bym się nie spakowała w jedną walizkę, po drugie: odkąd Sting przeniósł się pod toskańskie słońce, a (głównie amerykańscy) pisarze postanowili zdobyć sławę i fortunę na opisywaniu restaurowanych case rustiche, tamtejsze ceny sięgnęły nieosiągalnego (powtórzenie celowe) dla mnie poziomu. Jest jeszcze po trzecie: ktoś musiałby mnie tam zawieźć, a to oznacza wyprawę całą rodziną, co rozwala całą koncepcję rzucenia wszystkiego w cholerę.

Musiałam to życie odzyskać w inny sposób. A na dodatek nie miałam pojęcia jaki.

Zapisałam się na kurs. Potem drugi. Zrobiłam dwie bardzo wymagające terapie.

Jeśli mówię WYMAGAJĄCE, to znaczy takie, że chodziłam nieprzytomna z wyczerpania, a moi panowie schodzili mi z drogi. Tak na wypadek.

Kuba również.

Przeczytałam kilkanaście książek i podręczników. I na koniec machnęłam jeszcze dwa kursy. Były to najlepiej wydane pieniądze w moim życiu, chociaż końcowy rezultat paru osobom nie przypadł do gustu.

Ja jednak złapałam już grunt pod nogami i wiedziałam jedno: nie dam go sobie odebrać. A co najlepsze: ten stan utrzymuje się, z małymi wahnięciami od kilku miesięcy. O wahnięciach pisałam, prawda? Że są normalne.

Z tych wszystkich kursów, terapii i lektur wyszło mi jedno: żeby odzyskać własne życie, muszę się odciąć. No i to odcięcie było cholernie trudne, bo po pierwsze zakładało znaczne osłabienie kontaktów rodzinnych, a po drugie: wymagało totalnego wywrócenia do góry nogami wszystkich relacji.

Że zbyt ogólnie? Ale proszę…

Okazało się, że większość moich problemów nie wynika z moich niezrealizowanych marzeń i planów, tylko z niezrealizowania cudzych oczekiwań wobec mnie! I jak już się zatrzymałam, posłuchałam co mi tam w dutkach bulgocze, znaczy czym mam mózg przeładowany, wreszcie wypisałam to wszystko na kartce formatu A4 (obustronnie, maczkiem), to… nooo, proszę państwa! To wszystko nagle zaczęło się układać w zupełnie innego puzzla!

Że nie da się zmienić swojego nastawienia do życia, ludzi i cudzych oczekiwań, kiedy się jest po pięćdziesiątce? Ależ kochani! To najlepsza chwila!

Bo po pierwsze: już się wie, że szkoda każdego dnia na duperele. A po drugie: człowiek zgromadził nieco doświadczenia życiowego, z którego może powyciągać wnioski.

I jeszcze jedno: Madre się ze mnie nabijała, publicznie, więc i ja publicznie się do tego nabijania odnoszę, że czytam poradniki. A ja wam powiem tak: doszłam do pewnego miejsca, z którego za cholerę nie umiałam ruszyć. Wiedziałam już co nie działa i wiedziałam (przynajmniej z grubsza) co powinnam zmienić, ale za nic w świecie nie miałam pojęcia jak to zrobić. Pięćdziesiąt lat prania mózgu nie poszło na marne…

I najzwyczajniej w świecie potrzebowałam kogoś, kto mi powie: możesz to zrobić. A na dodatek wytłumaczy łopatologicznie, dlaczego mogę.

Tak na marginesie: to był ostatni raz, kiedy potrzebowałam czyjegoś błogosławieństwa. Ale to już temat na zupełnie oddzielny wpis…

© 2020, Jo.. All rights reserved.