IKEA on-line

Podobno w każdym domu znajduje się coś z ikei. U mnie jest to drewniana drabinka oraz fotele na balkonie.

Z okazji nadchodzącej domowej majówki (a kto wie – może i wakacji?), postanowiłam zrobić coś z balkonem i tarasem.

Najpierw odnowiliśmy nieco spatynowane fotele na balkonie, a wczoraj pojechaliśmy odebrać kilka drobiazgów na taras. To znaczy pojechaliśmy do IKEI. Po takie tam na taras.

„Zamawiaj on-line!” – mają taką reklamę na stronie. No to zamówiliśmy. Stolik, skrzynię na poduszki i stelaż pod hamak. Nawet załapaliśmy się na wyprzedażową promocję, co nas bardzo ucieszyło. Niestety na promocji radość się skończyła, a zaczęła się szopka.

No więc najpierw, proszę państwa, IKEA, tak uprzejmie umożliwiająca zrobienie zakupów przez Internet w czasach epidemii, dolicza opłatę za skompletowanie zamówienia. Przyznam, że nigdzie indziej się z tym nie spotkaliśmy (a przez Internet kupujemy sporo, zwłaszcza w ostatnim czasie), więc nas nieco zdziwiło.

Jeszcze bardziej zdziwił nas koszt przywiezienia zakupionych rzeczy. W obrębie jednego miasta, bez wniesienia do domu, trzy paczki, które jeden w miarę sprawny facet weźmie pod pachę, wyceniono na stówę.

OK – powiedział Piter – to my sobie sami po to zamówienie podjedziemy.

Podjechaliśmy.

Z Kubą, bo BB miał lekcję gitary przez Skype, więc nie chcieliśmy, żeby tu doszło do jakiejś bratobójczej walki pod naszą nieobecność.

W mailu napisali „magazyn koło salonu IKEA”. Problem w tym, że w Jankach są dwa magazyny. Zasadniczo obok siebie. I my oczywiście ustawiliśmy się do niewłaściwego, o czym dowiedzieliśmy się po półgodzinnym czekaniu w kolejce („załóż maseczkę i zachowaj odstęp”) i spacerowaniu z Kubą po parkingu. Bo jak wiemy: Kuba nienawidzi czekania.

Mieliśmy wyjątkowego farta, albo to siedzenie w domu tak zadziałało, że Jakub nie wpadł w tradycyjną panikę, a spacerował sobie po tym parkingu, niemiłosiernie tłukąc temat uszkodzonego Bumpiego, który nie szczeka po naciśnięciu na łapkę. Nie pytajcie…

No i kiedy Piter wreszcie dostąpił zaszczytu przekroczenia progu magazynu, dowiedział się, że to nie tu, tylko tam. W tym drugim magazynie, przed którym stoi identyczna kolejka oczekujących. A jak mu się coś nie podoba, to może złożyć reklamację.

Jednocześnie ponowne przeczytanie maila przypomniało, że po 24 godzinach nasze zamówienie zostanie anulowane, więc nie mając specjalnie wyjścia stanęliśmy w tej drugiej kolejce. Nie my jedni, bo za nami ustawił się pan, którego widzieliśmy w kolejce numer jeden. Też nie wyglądał na zachwyconego.

Tym razem w kolejce stał Piter, a ja z Kubą czekałam w samochodzie, bo uznałam, że propozycja kolejnego zwiedzania parkingu może okazać się zbyt wielkim wyzwaniem, nawet w obliczu tych sześciu tygodni spędzonych w domu.

Podobno środek IKEI wygląda jak Genua podczas dżumy (ooo, o zadżumionej Genui to ja napiszę! obiecuję!), ale organizacyjnie ogarniają na piątunię. Przychodzisz z numerem zamówienia, a tam już wszystko czeka na spryskiwanym odkażaczem wózku.

Szkoda tylko, że organizacyjne mistrzostwo świata zaczyna się dopiero po przekroczeniu magicznego progu. Zatem po spędzeniu godziny w kolejce do wejścia i narażeniu naszego świętego związku małżeńskiego na burzliwy rozpad po dyskusji, który magazyn jest „koło salonu”, a który nie jest, uznaliśmy, że poczekamy z następnymi zakupami w IKEA do czasów, kiedy będzie można wejść na halę i samemu sobie skompletować zakupy. Za darmo.

© 2020, Jo.. All rights reserved.