Życie zaczyna się po 50.

Przed 50 urodzinami byłam w naprawdę złej kondycji. W każdym możliwym obszarze. Czułam, że doszłam do pewnej granicy, za którą rozpościera się wyłącznie czekanie na śmierć. A presja otoczenia odnośnie dokonania okolicznościowych podsumowań, była gwoździem do tej trumny.

Wiedziałam jedno: że jest to ostatni moment na jakiś ruch. Że jeśli teraz czegoś nie zrobię, nie zrobię już nigdy. Problem leżał w tym, że nie miałam pojęcia, co niby miałabym zrobić.

Rok. Tyle trwała moja walka o sens życia. I dziś wiem, że udało mi się ją wygrać. To nie znaczy, że nie mam chwil zwątpienia, czy że nie zdarzają mi się dni, które najchętniej bym przespała. Zdarzają i zdarzać będą. Ale pustą rok temu kartkę z napisem: Plany Na Przyszłość zapisałam do ostatniego wolnego skrawka.

Czym?

Och, nie są to żadne wielkie cele. Takie zwykłe. Ale moje. I osiągalne.

Nauczyć się wreszcie włoskiego.

Przygotować książki kucharskie.

Dokończyć dom.

Zrobić coś z Ziemią Przodków.

Stworzyć nowego bloga.

Z rozpędu zrobiłam trzy i jestem z nich bardzo zadowolona. Z siebie również 🙂

Znaleźć tę cholerną hortensję zmieniającą kolor.

Pojechać do Agri.

I do Londynu.

Spotkać się z Monią, zanim przestaniemy się rozpoznawać na ulicy.

Uporać się z relacjami rodzinnymi.

Jest tego więcej, ale sami widzicie: żadne odkrywanie Ameryki. Żadna rewolucja (chociaż tu to bym jednak polemizowała…). Po prostu małe kroki. Usuwające przyczyny wieloletnich frustracji. Dające zajęcie. Stanowiące jakiś sensowny CEL.

Jak zaczęłam to spisywać, nie miałam pojęcia, że życie mi się wypełni konkretami, które każdego dnia pomogą wstać z łóżka i zrobić coś sensownego. Przekonana o dozgonnym marazmie, na który jestem skazana, byłam totalnie zszokowana tym, ile rzeczy mogę jeszcze zrobić. MOGĘ. Nie MUSZĘ. I powiem wam szczerze: nie wyrabiam się 😀 Po prostu się nie wyrabiam!

A jeśli któregoś dnia nic mi się nie chce, to po prostu nic nie robię. I to też jest OK.

© 2020, Jo.. All rights reserved.