Nie drażnić rekina…

Mieliśmy wczoraj poważny kryzys rodzinny.

Nie chciałabym być zbyt nachalna, ale może pamiętacie impresjonistycznego puzzla, którego z oddaniem i poświęceniem układam od dwóch tygodni? No więc układam tego puzzla, już mi coś zaczyna się rysować w tym obrazku, ćwiczę siłę woli i charakter, powoli wykuwa się stal.

Pilnujemy suki, żeby czegoś nie rozwaliła, bo wszyscy już znamy jej możliwości (wy też). W sumie z powodu jej temperamentu cieszy się chyba wyłącznie nasz stolarz (pozdrawiam Panie Piotrze, nie mogę się doczekać spotkania), więc wyćwiczeni jesteśmy stadnie w mieniu na oku do granic wyobraźni. Z tym, że nie do końca.

Po miesiącu odwalania prac domowych BlueBoya, przekopywania się przez Księstwo Warszawskie i Marię Skłodowską-Curie, do spółki z materiałami wybuchowymi i Monsanto, analizowania sensu uwielbienia Rzeckiego dla Napoleona i odnajdywania analogii między Dostojewskim a Nędznikami, poszłam wreszcie na chwilę do swojego pokoju, żeby chociaż zgrubnie zdmuchnąć kurz pokrywający moje sprawy. Albo przynajmniej wyrzucić do kosza to, co się przeterminowało i zobaczyć, ile tego jest i czy przypadkiem nie jakieś nie cierpiące zwłoki (ha ha, ale jestem dowcipna…) wizyty lekarskie.

Mój anielski małżonek natychmiast wypuścił sukę, „żeby biedactwo nie siedziało w kojcu” i poszedł robić cannelloni.

[kobieto, POSZEDŁ ROBIĆ CANNELLONI a ty o jakiegoś głupiego puzzla pysk drzesz?!?!]

NO DRĘ!!!

Zwłaszcza, że potencjał Luny zdążyliśmy poznać, a ja pytałam, i to dwukrotnie, czy nie potrzeba pomocy! Wróżką nie jestem, więc skąd miałam wiedzieć, co się dzieje na dole?!

Przynajmniej do momentu, kiedy dobiegło mnie: „CHOLERA JASNA!!! No pani cię zabije… A mnie zaraz potem…

Dlaczego zatem kryzys rodzinny, a nie po prostu małżeński? Bo w tym czasie BB siedział w swoim pokoju, piekielnie zmęczony po zapisywaniu dyktowanych przez matkę gotowców i małej przejażdżce rowerowej. Nie mógł siedzieć na dole i rzucać okiem na tę białą psychopatkę, bo „już chyba wystarczająco dużo dzisiaj zrobił”.

POINTA?

No bo przecież musi być pointa! Bez niej nie ma co pisać…

Nie wiem, czy pamiętacie moją łazienkę… Spoko, spoko – nie będę znowu opowiadać o tym posterze! Ale skoro mi suka zeżarła puzzla…

Jak go ułożę, będę potrzebowała do niego łazienki… Dajmy na to: w jakimś domu na wsi…
Chyba taniej było przypilnować tego psa…

© 2020, Jo.. All rights reserved.