Maską

Od dzisiaj nie wolno wychodzić z domu bez maseczek. Chciałabym, żeby wszyscy pamiętali, że dla własnego bezpieczeństwa, a nie żeby nam jeszcze bardziej uprzykrzyć życie. No i w sytuacjach, kiedy trzeba wyjść z domu, bo generalnie najlepiej by było nie wychodzić.

Jednak wiele osób ma z tymi maseczkami problem i to bynajmniej nie z powodu opozycji wobec władzy oraz poczucia szykanowania komunistycznymi metodami nakazów i zakazów. Na przykład rodzice autystów zadawali sobie pytanie, jak niby mają zmusić nie dające się zmuszać potomstwo, do noszenia maseczki, kiedy problemem jest koszulka z drapiącą metką albo bluza w nie taki wzorek. Jeśli nie wiecie, o czym mówię: lucky you i was nienawidzę.

[taki żart, wisielczy]

Ale wracając do tematu: weź załóż autyście maseczkę, jeśli on tego nie chce. Powodzenia.

No i czytam, że ustawa (czy tam rozporządzenie, ja się nie znam) uwzględnia wyjątki. Kamień spadł mi z serca, bo wygląda na to, że się załapię. Nawet nie z autystycznym dzieckiem, ale z własną niewydolnością oddechową. Bo już widziałam jak umieram z męczarniach, straszliwie kaszląc po zakryciu ust i nosa, a obsługa sklepu, do którego zmuszona byłam się udać po podstawowe artykuły pierwszej potrzeby, dzwoni po furgonetkę sanitarną, przekonana, że właśnie ich wszystkich pozarażałam chińskim wirusem.

OK, ja przecież nie wychodzę. Piter robi zakupy. Tyle, co na spacer z psem na te okoliczne bezdroża i raczej nie zamierzam po nich paradować z czymkolwiek na twarzy. TU JEST PUSTO!!!

Ale gdybym musiała, a tego przecież nigdy się nie wie, to lepiej mieć alternatywę. Dla uduszenia się. Znaczy: nie udusić się, ale mieć tę maseczkę ze sobą tak na wypadek.

Ja wam powiem, że już rękawiczki są dla mnie wyzwaniem, bo mam alergię na lateks, i w domu jeśli muszę, to używam rękawiczek z bawełnianą wyściółką, z czym też jest cyrk, bo nigdy ich nie mam, jak są potrzebne.

Że nie wspomnę o wszechobecnych środkach do dezynfekcji, zdecydowanie niekompatybilnych z moim systemem oddechowym…

Ale ja tu znowu robię Beniowskiego na Madagaskarze, a chciałam o Kubie.

Otóż jak wiemy, nigdy nie wiadomo, co się spodoba, a co wręcz przeciwnie. Bo to nie tak, że wszystko jest be. Pamiętacie może mundurki Giertycha? W naszej szkole dla autystów zapanowała panika, bo były tam dzieci, które nie pozwalały założyć sobie niczego innego, niż stary powyciągany dres, na każdą okazję i o każdej porze roku, a tu masz im mundurki… Albo kolory – był jeden uczeń, który tolerował wyłącznie czerwony. Inny zaś wszystko oprócz czerwonego. I weź tu ustał kolor ubrań obowiązujący w szkole…

Tymczasem Kuba obejrzał jakieś wiadomości (bo wtedy jeszcze korzystaliśmy z telewizora), usłyszał o rozporządzeniu, posłuchał kilku naszych rozmów (ja akurat byłam wielką zwolenniczką mundurków – i nadal nią jestem) i przez cały rok, kiedy te zasady obowiązywały, chodził do szkoły w koszuli z kołnierzykiem i sweterku typu koledż (ewentualnie zamienianym na kamizelkę).

Był to jedyny okres, kiedy Jakub sam, z własnej woli, na dodatek z przekonaniem ubierał się w ten sposób (poza świętami i specjalnymi sytuacjami rzecz jasna). Skończył się w dniu rozdania świadectw i przeczytaniu, że od nowego roku można już chodzić w normalnych ciuchach. Nigdy więcej nie udało się mu wcisnąć koszulki polo. Nigdy.

Tak że kto wie, co by było z maseczkami? Na wszelki wypadek mamy i dla Kuby. Żeby nie powtórzyć sytuacji sprzed roku, kiedy tydzień awanturował się nie wiadomo o co, a potem okazało się, że jako jedyny nie musiał ubrać się galowo na koncert BlueBoya w szkole muzycznej… Bo nie chcieliśmy go stresować…. A on to uznał za wykluczenie…

Dowiedzieliśmy się w czym rzecz tydzień później, kiedy jechaliśmy do Dziadka na obiad niedzielny i Kuba wreszcie wyartykułował: „Tata i Jaś koszula i krawat, A JA???”.

Życzę Państwu miłego dnia.

© 2020, Jo.. All rights reserved.