Chaos, rutyna i… odpowiedni ekwipunek.

Jedynym, co mnie wkurza podczas przedświątecznych przygotowywań, jest nie nadmiar pracy, a… zachowanie domowników. Gdybym mogła zamknąć się na dwa dni w kuchni, przygotowanie świąt byłoby czystą przyjemnością.

Dwa razy w roku (a jeśli organizujemy jakieś rodzinne spotkania to częściej) rozgrywa się identyczny spektakl:

Najpierw towarzystwo składa zamówienia. Potem solennie obiecuje współudział. A kiedy przychodzi do rzeczy – zwiewa, bynajmniej nie po angielsku.

Nie mogę zamknąć się w kuchni, bo kuchnię mam otwartą. Bez drzwi. Uczestniczę więc w całym pozakuchennym życiu rodziny. W darciu pyska przez Kubę, któremu zawiesił się komputer i któremu nie ma kto pomóc, bo Piter właśnie przegląda w swoim pokoju wiadomości sportowe, udając że to zestawienie zamówień klienta na zeszły kwartał. W nieustannym gadaniu do siebie (pełnym głosem) BlueBoya. W awanturach kto ma posprzątać po psie. W darciu się na tego psa, że znowu zeżarł jakiś mebel. Nie, no jasne, że nikt z nim nie może wyjść (z psem, nie z meblem), bo przecież każdy może być mi potrzebny i muszą być pod ręką! Tymczasem próba ściągnięcia kogokolwiek do pomocy, w rodzaju: obranie ziemniaków, zdjęcie miski z szafki pod sufitem, wyrzucenie śmieci, wiąże się z rozdzierającym jękiem „Nooo iiiidęęęęę… ale TERAZ?”.

Wszystko to razem sprawia, że zamiast zająć się wcielaniem w życie własnych, skrupulatnie gromadzonych latami zaleceń odnośnie bab drożdżowych i jajek faszerowanych, co chwilę muszę interweniować, albo coraz mniej uprzejmym głosem prosić o zajęcie się czymś lub po prostu zamknięcie pyska.

Kończy się zawsze moim skrajnym wyczerpaniem i solennym przyrzeczeniem, że są to ostatnie święta jakie robię. Na co moi panowie strzelają focha, a kiedy ochłoną – przychodzą z deklaracjami, że nie no sorry, może faktycznie, ale żebym dała im szansę: następnym razem będą mi pomagać. Od początku, do końca.

Jasne.

Żeby mi tu nie było, że Polly puściłam w trąbę: jest o niebo lepiej, niż było powiedzmy dziesięć lat temu, kiedy mój mąż nie widział potrzeby brania wolnego dnia przed świętami, a cała rodzina przyjeżdżała na gotowe, bo nikomu nie przyszło do głowy przyjechać dzień wcześniej i mieć oko na chłopaków, więc od lepienia 40 pierogów odrywałam się osiem razy, za każdym myjąc ręce (dermatolog wyrzucał mnie za drzwi, jak do niego po świętach przychodziłam) i rozdzielałam wydrapujących sobie oczy potomków. Więc to nie tak, że NIE DOCENIAM. Tylko po pierwsze: uważam, że z czasem do ludzi pewne rzeczy powinny jednak docierać, a po drugie: nie mam siły.

Natomiast samo gotowanie jest wyłącznie kwestią odpowiedniej organizacji i dobrych przepisów. No takich wiecie: co to zawsze wychodzą, a najlepiej dają efekt Łał! przy minimalnym wysiłku. Z tym wysiłkiem mam od lat w miarę ogarnięte.

Wiem, że to zabrzmi jak reklama czy tekst sponsorowany i dlatego muszę napisać, że nic z tych rzeczy. Chociaż znacie mnie tyle lat, że wiedzielibyście, gdyby jakimś cudem ktoś zechciał mnie zasponsorować 😀 A kulinaria, to obok MP najlepszy sposób na wykorzystanie mojej pasji do wciśnięcia swoich produktów każdemu, kto się nawinie.

Ale wracając do tematu. Kiedy sześć lat temu robiliśmy kuchnię w nowym domu, zrezygnowałam z obłędnie drogiej (moim zdaniem, choć wiem, że są droższe a tamta podobała się mężowi) lodówko-zamrażarki, znalazłam inną, o wiele tańszą, ale zażądałam KitchenAid.

Mam. Od sześciu lat ratuje mi każde święto. Praca z Artisanem to po prostu relaks. Miesza, ubija, miksuje, sieka. Ja tylko odmierzam i odważam, wsypuję i przekładam. Nie przeraża mnie ani drożdżowa baba, ani mazurek. Żadna sałatka, surówka czy zupa-krem. Jedynym jego minusem jest to, że za cholerę nie chce zneutralizować dwóch awanturujących się gówniarzy, ich ojca – Mistrza Leserów ani czteromiesięcznej suki rasy bulldżek, z notorycznym ADHD.

© 2020, Jo.. All rights reserved.