Mówi mi: Polly.

To już naprawdę przesada – sarkał BlueBoy pod nosem krojąc marchewkę. – Tyle roboty, żeby zrobić głupią zupę?!

Tak oto rozpoczęliśmy w kolejnym tygodniu kwarantanny lekcje wychowawczą. Inne zajęcia przebiegały pod hasłem: „Czym się różni pomizianie mopem podłogi od prawdziwego jej umycia.” oraz „Owszem, stół trzeba sprzątać po każdym posiłku.”.

Daleka byłam (i jestem) od dorabiania ideologii w rodzaju: „Och, to najlepsze co mogło nam się trafić! Dzięki kwarantannie spędzę więcej czasu z dziećmi

[naprawdę ktoś pomyślał, że mogłabym tak powiedzieć???]

przeczytam wszystkie zaległe książki i nauczę się haftu krzyżykowego.

Życie nam płynie dość podobnie do czasów przed epidemią. Tylko za dużo tu na raz dźwięków… Ale do rzeczy: staram się dostrzegać codziennie PLUSy w tym, co się dzieje. Nie po to cały luty ćwiczyłam z BlueBoyem praktykę wdzięczności, żeby to moje poświęcenie się teraz zmarnowało!

Jeśli się skupiasz na tym, czego ci brak,
nie dostrzegasz tego, co masz.

To tak dla przypomnienia.

[NIE dotyczy domu na wsi, jasne?]

No to lecimy.

Kuba dał się przekonać do lekcji on-line. Nawet łaskawie coś tam pokolorował.

Dostaliśmy piątunie z pamiętnika Rzeckiego oraz Zbrodni i kary. Czekamy na ocenę z rewolucji francuskiej – ja bym tutaj serdecznie panu od historii radziła postawić odpowiednią notę, bo w jakimś celu ściągałam tych Nędzników z Allegro, a potem tłukłam temat przy śniadaniu i obiedzie, prawda?

Znaczy moja praca nie idzie tak zupełnie na marne.

Nie-szczęśliwym zbiegiem okoliczności rozłożyłam się nieco i wypadłam na dwa tygodnie z domowych zajęć. No i okazało się, że:
– nie muszę sama wszystkiego robić
– BB świetnie sobie radzi z gotowaniem (wprawdzie przyparty do muru i zagrożony śmiercią głodową, ale potrafi wykonać kolejne polecenia i przygotować obiad dla rodziny, kiedy jego ojciec wisi na telefonie a matka umiera w pokoju na górze)
– wprawdzie sterta rzeczy do prasowania zajmuje już całe poddasze, ale ostatecznie można poczekać do śniadania aż matka coś machnie, bo nikt nie wychodzi rankiem z domu
– nie przeczytałam żadnej książki z tej wspominanej wielokrotnie sterty, ale kompletnie nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia; podobnie jak ze wstawania koło dziesiątej, bo znowu zarwałam noc i rano musiałam odespać
– dotyczy to również niewstawania rano do piszczącego psa – na litość boską, tyle lat prosiłam o wsparcie i tłumaczyłam, że nie jestem ze stali i kiedyś jednak się rozłożę, że kiedy nadszedł ten moment byłam psychicznie gotowa na jego udźwignięcie… kosztem zagonienia reszty domowników do pracy, którą dotychczas tylko ja wykonywałam

Ale żeby nie zrobiło nam się śmiertelnie nudno, dorzucę kilka nieoczywistych PLUSów.

Musiałam poprawić po dziecku podłogi. On je machnął w pięć minut – ja szorowałam z pół godziny. Ale po moim szorowaniu nie śmierdziały i nie było smug.

[pies sika, prawda? no to śmierdzą – albo od wytartego naprędce papierowym ręcznikiem sikania, albo od uniwersalnych chusteczek nawilżonych Jan Niezbędny]

Po tym szorowaniu byłam mokra i zyskałam pewność co do zakwasów the day after. Byłam również wściekła i opadły mi metaforycznie ręce, bo te podłogi dzień wcześniej sprzątał (za pieniądze) BlueBoy.

I jak ja z tego zamierzam zrobić PLUS?

A i owszem. Nawet DWA. Na pół dnia miałam czyściutkie podłogi oraz ćwiczenia gimnastyczne w gratisie!

Da się?

To teraz pójdę pomyśleć nad jakąś wyjątkowo paskudną potrawą na kolację. Dom na wsi. Sami wiecie.

© 2020, Jo.. All rights reserved.