Dobry rok

Film, który swoją fabułą oraz drastyczną rozbieżnością z książką, na podstawie której był robiony, doprowadza mnie do szału. Którego kilka scen budzi moje zażenowanie, a parę innych – irytację. W którym główny wątek jest tak niemiłosiernie zrąbany, że kierujący się minimum logiki człowiek zgrzyta zębami.

Oglądam go dwa-trzy razy w roku… Na ogół nie mogąc się doczekać wakacji i późną jesienią, kiedy wspomnienia własnych wyjazdów na Południe zaczynają nieco blaknąć, a jeszcze nie nadszedł czas corocznego albumu.

Biorąc pod uwagę, że miał premierę w 2006 roku (czyli na DVD pojawił się pewnie rok później), łatwo można policzyć, że znam na pamięć każdą scenę, a listą dialogową mogę lecieć równo z aktorami.

WHY? Gdzie jest klucz do zagadki???

Po pierwsze: zdjęcia. Pewnie mniej te londyńskie, deszczowo-niebieskie, ale już leniwe, zaciągnięte lekką mgłą, ciepłe barwy Prowansji, budzą moje atawistyczne pragnienie raju.

Kapitalnie dobrana muzyka. Re-we-la-cja. No i te cykady w tle.

Klimat. Atmosfera. Nastrój. Nie wiem co, ale wsiąkam totalnie i nie zwracam uwagi na wspomnianą we wstępnie resztę.

Nikogo tu nie zaskoczę wyznaniami o miłości do śródziemnomorszczyzny. Jej ślady można znaleźć w Oberżynowej kuchni i Voyagerowych zapiskach z podróży. Powieści Petera Mayle’a (zwłaszcza te non-fiction) nieraz ratowały mnie z depresji. Nic więc chyba dziwnego, że możliwość zobaczenia filmowej ilustracji do jego książek, tak bardzo mnie zachwyca…

Stąd pochodzą nasze ulubione cytaty dotyczące cieszenia się simple pleasures of life i stosowane w specjalnych okolicznościach „Madame, Messieurs, Papa Duflot…”. Oraz oczywiście sałatka nicejańska. O czymś to świadczy.

Dobry Rok oglądam sama lub z Piterem. Wyłącznie. Oglądany w każdym innym towarzystwie strasznie mi się spłaszcza nastrojowo i staje się zwykłym, banalnym romansidłem. Znika cała magia, a przecież właśnie z jej powodu sięgam kolejny raz po ten film…

© 2020, Jo.. All rights reserved.