Zakupy on-line.

„Zostań w domu.” – mówią. „Rób zakupy on-line.” – mówią. To ja zapytam: „JAK?”.

Tydzień temu Frisco podawało terminy w połowie kwietnia, tuż po świętach. Sprawdzam dziś Leclerca: 5 maja. Carrefour w ogóle nie wyświetla dostępnych terminów, więc jak rozumiem ich nie ma. Jak jest w Auchan nie wiem, bo zabrakło mi cierpliwości. Bowiem w każdym sklepie dowożącym zakupy zrobione przez Internet, żeby poznać dostępne terminy trzeba najpierw założyć konto i zapakować wózek. I dopiero kiedy człowiek wklepie te wszystkie informacje, pięćdziesiąt razy poda hasło „składające się minimum z ośmiu znaków, w tym jedne dużej litery i co najmniej jednej cyfry”, to może wejść w posiadanie informacji, że najbliższy termin dostawy możliwy jest za półtora miesiąca.

Nic na to nie poradzę, ale nie jestem w stanie przewidzieć, czego będę potrzebować w połowie maja. Przez wiele lat pracowałam nad sposobem robienia zakupów, minimalizującym wyrzucanie przeterminowanych zapasów, notorycznie zalegających moje kuchenne szafki i lodówkę. I teraz po prostu nie umiem zrobić listy rzeczy, których będę potrzebować w połowie maja. A na dodatek w jednym z marketów przeczytałam, że za zakupy mam zapłacić kartą teraz!!!

Obawiam się, że w tej sytuacji nadal będziemy jeździć do pobliskich sklepów i stykać się z potencjalnymi nosicielami wirusa, bo inaczej umrzemy z głodu.

A za półtora tygodnia mamy święta, proszę państwa… Co oznacza zwiększony ruch w sklepach. Nie tylko, że tak powiem jednostkowo, ale globalnie. Bo wiele sklepów świeci pustkami i nie wystarczy odwiedzić jednego, żeby zrobić kompletne zakupy. Ostatnio w poszukiwaniu masła musieliśmy objechać dwie dzielnice – wszędzie wchodząc do sklepów (oczywiście po odczekaniu w kolejce przed drzwiami, jako że wpuszczane są po trzy osoby).

Strach pomyśleć, co się będzie działo jak ludzie zaczną robić te świąteczne zakupy…

© 2020, Jo.. All rights reserved.