Plan awaryjny

Wiem, że Schwarzenegger mówi: „Żadnego Planu B!”, ale mając jakiś (za przeproszeniem) dupochron – czuję się nieco spokojniejsza.

Ja generalnie tak robię, że wyobrażam sobie najgorszy wariant i zadaję pytanie: „Co wtedy zrobię?”. Potem już wszystko jest proste.

Na przykład: „OK, dostaniesz pałę z tego egzaminu. I co? Będziesz musiał poprawić. No OK – wylecisz ze szkoły. I co? Świat się skończy, czy tylko będziesz musiał znaleźć coś innego do roboty?”.

Jedyną odpowiedzią, która zamyka perspektywy, jest śmierć. Wszystko inne da się przeżyć.

Zatem: Co może nas spotkać najgorszego, zakładając, że jednak przeżyjemy tę epidemię? No bo jeśli nie przeżyjemy, to temat niejako rozwiąże się sam. Jaka jest najgorsza opcja? Ale taka najgorsza-najgorsza?

Pitera wywalą z roboty i stracimy dom.

Na marginesie: sen o tym, że mnie wyrzucono z domu i chodzę po ulicach, nie mając dokąd pójść, jest nieustannie nawiedzającym mnie nocnym koszmarem, opartym niestety na własnych doświadczeniach życiowych, więc mam pewną praktykę w szukaniu rozwiązania tego problemu. Tak mniej więcej trzydziestoletnią.

Owszem, można od tego zwariować.

Wracając jednak do mojego pytania. Co zrobimy, jeśli spotka nas to najgorsze, nie będące śmiercią z powodu koronowanego wirusa?

Proste!

Załadujemy dobytek w kontener i wyprowadzimy się na wieś. Mamy dwie do wyboru, jakby co, ale Ziemia Przodków wygrywa ze względu na gaz i prąd.

Będziemy sadzić ziemniaki i siać marchewkę. Może kupimy od sąsiadów kilka kur. Wprawdzie nie cierpię tych pierzastych agresorów, ale w cholerę! W ekstremalnej sytuacji jakoś przywyknę. Babcia trzymała na działce kury: są pożyteczne, dają jajka i wyżerają robaki w sadzie. Dam radę.
O, jabłka swoje będziemy mieć. Borówki. Z zasiłku dla Matki Autyzmu na mąkę i cukier wystarczy. Jak to mówią: Na wsi z głodu się nie umrze… A jak dobrze pójdzie, to mogę sprzedawać woreczki z lawendą, albo wydziergane szydełkiem zakładki do książek.

Że nie umiem w szydełko? To się nauczę. Gotować kiedyś też nie umiałam i na pierwszej randce podałam mężowi półsurowego kurczaka, a teraz nie chodzimy do restauracji, bo w domu zjemy lepiej. Phi!

Zatem nie ma co wpadać w panikę. Jakoś to będzie.

PS.
CHOLERA JASNA! Mówiłam, żeby robić dom na wsi??? Piter, weź się może za robotę???

© 2020, Jo.. All rights reserved.