Raport z kwarantanny

Za nami pierwszy tydzień kwarantanny, chociaż nie jestem pewna, czy to właściwe słowo, bo ze skruchą przyznaję, że nie do końca siedzimy cały czas w domu.

Raz dziennie (a zdarzyło się, że i dwa) wychodzimy z psem. Luna nadal nie załatwia poza domem potrzeb fizjologicznych, więc te spacery są być może nieuzasadnione, ale przecież inaczej nigdy się nie nauczy.

No i Piter robi zakupy. Może nie codziennie, ale robi. Unika galerii handlowych i marketów, jeździ do dwóch niewielkich sklepów i do jednej piekarni, przestrzega zasad bezpieczeństwa, ale jednak wychodzi z domu i ma kontakt ze światem zewnętrznym. Nie zamawiamy jedzenia z dostawą, a zapasy się wyczerpują i trzeba je uzupełniać. Próbowałam robić zakupy on-line, ale termin realizacji zamówienia przekraczał dwa tygodnie..

Pies stanowi poniekąd pretekst do wyjścia, bo wychodzą z nim wszyscy. A zdarza się, że młodszy syn robi po południu powtórkę. Bo to właśnie synom najtrudniej jest się dostosować.

Mój tryb życia prawie się nie zmienił. To jak w tym wpisie, który stał się memem:

You realize how isolated you have been
when a world pandemic happens
and you need to make
almost zero changes
to your lifestyle.”*

Robię dokładnie to, co zawsze (od ponad dwudziestu lat): wstawiam pranie, prasuję, gotuję posiłki, truję komu trzeba o zrobienie tego, co jest do zrobienia. Zaczęła się wiosna, więc porządkuję ogródek. Złości mnie to, że przez zagrożenie epidemiologiczne nie mogę pojechać na wieś i posadzić zadołowanych jesienią krzewów, a wegetacja ruszyła i coś powinno się z nimi zrobić. Próbuję pisać, ale kompletnie brak mi weny, więc tylko uzupełniam zaległe opisy wycieczek na nowym blogu i staram się na bieżąco prowadzić codzienne zapiski.

Piter pracuje z domu.Ten miniony tydzień kwarantanny był wyjątkowo trudny, bo przygotowywali ofertę i nikt nie zwracał uwagi na taki drobiazg, jak godziny pracy, zatem siedział przy kompie od poranka do późnej nocy, ale podobno teraz ma być normalniej. Poza tym robi to, co zawsze robi, tyle, że spotkania odbywają się on-line. Daje nam to pewne poczucie bezpieczeństwa, bo chociaż epidemia odciśnie piętno na każdej dziedzinie gospodarki, to mimo wszystko póki co mamy za co żyć i sytuacja wydaje się tu być stabilna.

Chłopcy siedzą w domu od półtora tygodnia. Dla BlueBoya to trudny okres, z dwóch powodów. Pierwszy dotyczy nauki. On jest przyzwyczajony do pracy w domu, bo zawsze musieliśmy dużo pracować po lekcjach, a w okresie przed i po operacją w ogóle mieliśmy kilka miesięcy nauczania domowego, ale konieczność „samodzielnego” opracowywania tematów, które do tej pory wystarczyło po prostu wysłuchać lub obejrzeć w szkole, zaczyna wykraczać poza jego cierpliwość.

„Samodzielnego” celowo ujęłam w cudzysłów, bo poza angielskim, reszta wygląda tak, że siadam z nim rano na kilka godzin i usiłuję zmusić do myślenia. Mam w tym sporą wprawę, ale zapewniam was, że niewiele to zmienia. Jeśli jakiś temat go nie interesuje, to następuje automatyczna blokada percepcji i żeby powtarzał dziesiątki razy na głos jedno zdanie – nie jest w stanie zapamiętać (ani zrozumieć) ani jednego wyrazu. Po prostu przechodzi w tryb uniemożliwiający przyswojenie jakiejkolwiek treści. Tak czasami funkcjonują autyści i niczego tu się nie da zmienić.

Dokonuję jakichś absurdalnych porównań, odwołuję się do wszystkich pasujących tematem filmów, książek, anegdot i skojarzeń. Te skojarzenia bywają tak odległe, że nawet Piter przychodzi posłuchać. Bywa, że dochodzimy do niezwykle nieortodoksyjnych interpretacji, ale przyznam, że bardziej niż o wkucie formułek, chodzi mi uruchomienie myślenia, nawet jeśli to ma być konstatacja. A może przede wszystkim?

Drugą bolączką BB jest ograniczenie wychodzenia z domu. Dlatego Luna stała się umożliwiającym to pretekstem. Moi synowie są przyzwyczajeni do aktywności pozadomowej – głównie ze względu na konieczność odciągnięcia ich od komputerów, konsoli i telewizorów. I przymusowe siedzenie w domu bardzo daje im się we znaki. Gdyby BB mógł pójść na rower, wyskoczyć na burgera, albo wpaść do jakiejś galerii handlowej, może nawet ta nauka nie byłaby taką katorgą…

Dla Jakuba problemem jest zmiana ustalonych zasad. Mamy marzec, powinna być szkoła. Prosta logika autysty. Zaburzenie planu stanowi zagrożenie bezpieczeństwa. A na dodatek nikt nie potrafi podać jasnej i konkretnej informacji, kiedy to wszystko się skończy.

To, co dla nas jest utrudnieniem, dla Kuby oznacza utratę kontroli nad życiem. Gubi się w zmianach i coraz to nowych informacjach. Nie jestem pewna, na ile rozumie problem i zasadność kwarantanny, ale niewątpliwie posypała mu się stabilizacja. Nie ma szkoły, nie wiadomo kiedy będzie, trzeba było odwołać wyjazdy wakacyjne (na litość boską!!! nigdy tych planów się nie zmieniało!!! nigdy!!!). Nie pojedziemy ani do dziadka, ani do babci – a przecież to już było ustalone!!! Nie ma tenisa!!! A żeby kupić nową gazetę, trzeba pamiętać, aby ją wpisać na listę!!!

Tych wykrzykników i tak dałam tu za mało, bo Jakub nie potrafi spokojnie wyrazić emocji. Od razu jest krzyk i dramat. Powiedzenie zwykłego „nie” oznacza wejście na wysokie tony, nawet jeśli chodzi o „Nie chcę tego soku.”, to co dopiero mówić w przypadku zmiany wszystkich planów?

Kilka razy dziennie Kuba przychodzi pytać o to, kiedy będzie szkoła, co robimy z Wielkanocą, a co z Bożym Narodzeniem, kiedy pojedziemy do Świdnika, a kiedy do Włoch (do których przecież nie chciał jechać!). Za każdym razem dostaje te same odpowiedzi, przy czym większość z nich brzmi: „Nie wiem.”. A jest to odpowiedź, której Kuba po prostu nie przyjmuje do wiadomości. On jest nieco rozhisteryzowany, my – wyczerpani, a końca nie widać.

Jakub nie chce się uczyć poza szkołą, więc zapowiedź nauki przez Internet nie budzi u nas ciepłych uczuć. Mimo godzin spędzanych przy komputerze, Kuba nie korzysta z żadnych portali ani komunikatorów. O przeczytanie komunikatu szkoły odnośnie pracy zdalnej musiałam stoczyć z nim walkę, a nakłonienie do zrobienia trzech prostych zadań przekracza moje możliwości. Zresztą zawsze tak było, od podstawówki: Kuba świetnie pracował z nauczycielami i terapeutami, ale w ogóle nie podejmował współpracy edukacyjnej z rodzicami. Porozdzielał role i konsekwentnie trzyma się tego podziału od kilkunastu lat. Niczego tu się nie da zrobić.

Ten pierwszy tydzień nie uruchomił w nas eksplozji wyzwań. Nie rzuciliśmy się na Ulissesa, nie umyliśmy wszystkich okien, nierozpakowane filmy nadal leżą nierozpakowane, a z planszówek nikt nie wytarł kurzu. Nie odrabiamy żadnych zaległości – żyjemy più o meno jak przedtem, tylko z pewnymi utrudnieniami. Ale akurat do utrudnień jesteśmy przyzwyczajeni. Niby dlaczego ten blog nazywa się Rutyna Chaosu?

*
„Dociera do ciebie, w jakiej żyjesz izolacji, gdy przydarza się światowa pandemia, a ty prawie nic nie musisz zmieniać w swoim trybie życia.”

© 2020, Jo.. All rights reserved.