Home Office

Od tygodnia Piter pracuje z domu i jest to koszmar.

Nawet nie dlatego, że cały czas jest w domu – ma swój pokój, szczęśliwie nieco odizolowany, więc ani on nam nie przeszkadza, ani my jemu. Problem w tym, że skoro wszyscy pracują z domu, przestały istnieć ramy czasowe.

W rezultacie kole*, lajwy** i Bóg wie co tam jeszcze trwają cały dzień: od śniadania po nieokreśloną czasowo kolację.

Tymczasem ja tu usiłuję prowadzić mój normalny tryb życia, co oznacza pranie, prasowanie, gotowanie, pilnowanie psa i prace ogrodowe. Jest to nieco utrudnione, bo w domu siedzi również dwóch moich synów, ciężko znoszących zakaz wychodzenia.

Panicze dostają lekkiego pierdolca – każdy w innym wymiarze, ale jeść muszą i to regularnie (o Kuby problemach z przesuniętymi posiłkami wielokrotnie wspominałam). W związku z tym mamy obiad i nie mamy obiadu. Bo oni siedzą i czekają, a tatuś właśnie wisi na kolu. I nie wiadomo, kiedy skończy. Rozjeżdża nam się menu, rozjeżdżają godziny posiłków i zdarzyło się już, że nie było obiadu tylko od razu coś w rodzaju kolacji.

No niestety – taka opcja u nas nie ma prawa bytu. Obiad to obiad, a kolacja to kolacja. Inaczej jest problem Duży problem. Taki jak „Co to znaczy: nie ma szkoły? Jest marzec!”. Wprawdzie moi rodzice uważają, że „nawet autyście można wytłumaczyć”, ale moi rodzice swojego autystycznego wnuka oglądają z bezpiecznej odległości i nigdy nawet nie próbowali wejść z nim w jakiekolwiek relacje, więc nie mają pojęcia, jak to wygląda naprawdę. A naprawdę wygląda to tak, że Kuba ma ogromny problem z niestandardowymi sytuacjami. Leci schematem: szkoła jest od września do czerwca, po drodze są ferie bożonarodzeniowe, zimowe (i wtedy ma padać śnieg), wielkanocne (zapraszamy gości lub jedziemy z wizytą), majówka, ewentualnie wyjazd na tydzień w czerwcu, ale z powrotem na zakończenie roku szkolnego, wakacje nad morzem. Taki jest rozkład roku i koniec. Zatem teraz codziennie zadaje pytanie o kwarantannę i jej koniec.

Poza tym chłopakom koszmarnie się nudzi. Nie mam alternatywy dla Kuby komputera – po prostu żadne propozycje nie przypadły mu do serca i kończą się na ogół awanturą, więc Kuba większość dnia spędza przed kompem, zamieniając go na telewizję lub DVD. Nie powiem, żeby to działało kojąco na jego system nerwowy… Wychodzić z domu się nie powinno, ale ponieważ mieszkamy na względnym odludziu – wyciągam chłopaków na spacery z psem. Wczoraj poszliśmy w chaszcze i Luna przyniosła mi w prezencie kleszcza… Specjalnie szczęśliwa nie byłam. Niby można by zrobić przejażdżkę samochodem – tylko po to, żeby na chwilę wyjść z domu, ale jak wspomniałam – Piter przyklejony jest do komputera przez kilkanaście godzin dziennie.

Luna jest nie tylko zbawieniem dla mnie, ale okazała się bardzo przydatna niemogącemu dłużej wytrzymać w czterech ścianach Blueboyowi. Tu trochę mszczą się na nas lata starań o kondycję chłopaków, bo teraz (zwłaszcza przy ładnej pogodzie) nie są w stanie usiedzieć w domu. No ale kto by przewidział epidemię…

BB kilka razy dziennie przewraca oczami i jęczącym tonem proponuje, że może on w takim razie „chociaż psa wyprowadzi”…

Co do psa, to nadal nie załatwia się poza domem, bez względu na to, jak długi jest spacer i ile razy dziennie wychodzi. Ani na spacerze, ani w ogródku. Natomiast zaraz po powrocie do domu. Trzeba chyba sięgnąć po jakąś literaturę fachową… Poprzednie psy jakoś szybciej łapały w czym rzecz…

Obecność Luny (i zasikiwanych podłóg) nie ma również żadnego wpływu na myszy. Oprócz tych rozmnożonych przez zimę w garażu (serdecznie dziękujemy Piterowi za bagatelizowanie problemu kiedy się pojawił), mamy mysz (-y?) w kuchni, których nie możemy zlokalizować, skąd i którędy, a które łażą już na bezczela w biały dzień.

Nie, kota mąż nadal nie widzi w tym domu. Każe czekać, aż pies podrośnie i się tymi myszami zajmie. Nie darmo wybraliśmy rasę wyhodowaną do łapania gryzoni.

I tak nam mija domowa kwarantanna. A co u was?

*kol = telekonferencja
**lajw = live, rozmowy na żywo on-line

© 2020, Jo.. All rights reserved.