Urodziny

Jestem Mistrzynią Nieudanych Urodzin. Od dzieciństwa.

Albo nie miałam urządzanych, albo właśnie tego dnia montowali meble kuchenne, ewentualnie nie pojawił się żaden z zaproszonych gości. Owszem, był tort, a do tego dość ambarasujące życzenia (w rodzaju „żebyś wreszcie sobie kogoś znalazła”) i mocno przypadkowe prezenty.

W latach dorosłych niewiele się zmieniło. Może poza prezentami, bo po kilku dość nietrafionych pomysłach, wprowadziłam zwyczaj listy prezentowej: wprawdzie człowiek nie dostanie niespodzianki, ale też niespodzianka go nie spotka… Nadal przygotowywałam sobie urodzinowy obiad i własnoręcznie robiłam tort.

No i rok temu coś pękło. Być może z okazji okrągłej rocznicy. Powiedziałam: dość. Oficjalnie ogłosiłam, że ostatni raz obchodzę urodziny, bo wystarczy mi tego cyrku, a pięćdziesiątka jest dobrą okazją do zakończenia rokrocznego udawania, jaka to ja jestem happy.

Moi panowie zaprotestowali i oznajmili, że w takim razie oni przejmują przygotowania. Piter wziął na dwunastego urlop, zwolniliśmy chłopaków ze szkół i mieliśmy świętować.

Pierwotny plan zakładał urodzinowy obiad. Dość szybko upadł, bo na starcie odpadła połowa gości.

Następny opierał się na wycieczce do Łodzi (miasta mojego urodzenia), w której mieliśmy udać się na spacer i obiad. Tu odezwała się nasza zapaść finansowa.

Trzeci – z konieczności bardzo ekonomiczny, był śniadaniem u Wedla w BlueCity. Szlag go trafił wczoraj, bo skoro zamykają szkoły a firmy zalecają pracę zdalną, to dużą lekkomyślnością by było pchanie się do centrum handlowego…

Z mocnym postanowieniem, że nic mi tego dnia nie zepsuje, zdecydowałam się na rodzinne śniadanie w domu. Potem mieliśmy pojechać do mojego ulubionego Centrum Ogrodniczego (w którym każdego 12 marca zaczynamy sezon), pograć w domu w planszówki albo obejrzeć jakiś fajny film, zrobić saltimbocca na obiad i zakończyć dzień tortem przygotowanym przez BB i Pitera, przy wtórze ulubionych utworów granych przez mojego młodszego syna na gitarze.

Nie doceniłam własnej rodziny.

Zaczęło się od serii pyskówek między moim mężem a naszym młodszym synem. OK, najpierw złożyli mi życzenia i dostałam w prezencie płytę, którą sobie sama kupiłam oraz poliestrową torebkę z wyprzedaży, o którą mój mąż strzelił gigantycznego focha. Potem były te pyskówki i z trudem zjedzona jajecznica. Kuba zwinął się do swojego pokoju, BB poproszony o chwilę opieki nad psem, siedział na dole i rzucał inwektywami, a Piter… postanowił załatwić kilka spraw służbowych.

Przypomniał sobie o mnie mniej więcej po godzinie.

Nie, nie pojechaliśmy do ogrodnika ani nie poszliśmy szukać śladów wiosny w ogródku. Oni się tam jeszcze kłócili, żeby nie wyjść z wprawy, a ja wzięłam psa na spacer.

Zrobiłyśmy duże kółko. Średnio nam szło, bo Luśka jest jednak baby i wielu rzeczy się boi, nie umie chodzić na smyczy i chwilami trzeba było ją wziąć na ręce. Ale ten spacer był jedną z dwóch rzeczy, które mnie dziś podniosły na duchu.

Nie, to nie. Nie zamierzam za wszelką cenę świętować, jeśli nie mam z kim. Właściwie to przywykłam, przykro mi się tylko zrobiło, że urządzam wszystkie urodziny w tym domu, każdemu poświęcam czas i uwagę, staram się żeby wszyscy byli szczęśliwi, a kiedy przychodzi ten jeden mój dzień w roku, wszyscy mają mnie w dupie. No sorry, ale to jednak jest przykre.

Nie będę udawać, że och i ach jak cudownie. Latami udawałam i potem wszyscy byli święcie przekonani, że tu nie wiadomo jaka sielanka panuje. Nikt nie widział, ale „takie wrażenie sprawiacie”. No sprawiamy, nie da się ukryć. Ale czas zakończyć tę szopkę.

Od tego się nie umiera. To tylko jedne z wielu moich beznadziejnych urodzin. Właściwie jakby mi się zdarzyły nieprzerąbane, to nie wiedziałabym co z tym zrobić. Jedno wiem na pewno: nie zamierzam obchodzić żadnych następnych.

PS.
Co było tą drugą rzeczą, która podniosła mnie dzisiaj na duchu? Życzenia napływające przez FB, Skype i maila. Ja wiem, że fejsbuk radośnie informuje, kto ze znajomych ma dziś urodziny, ale to nieistotne. Nie ma przymusu składania życzeń, więc jeśli ktoś to robi, to dlatego, że chce. Te wirtualne życzenia uratowały mi dzisiaj dzień i bardzo za nie dziękuję.

© 2020, Jo.. All rights reserved.