Kwarantanna

Zastanawialiśmy się wczoraj z Piterem, czy już pisać do szkoły, czy jeszcze zaczekać. Na razie zwolniłam BlueBoya z lekcji do końca tygodnia (dla spokojnego sumienia) i mieliśmy podjąć jakąś decyzję. Bo BlueBoy ma (według wypisów ze szpitala) „w okresach wzmożonej zachorowalności na grypę unikać miejsc publicznych”. Autobus miejski oraz kampus, w którym mieści się jego liceum, jak sądzę ten warunek spełniają, że nie wspomnę o COVID-19.

Tymczasem miłościwie nam panujący zdjęli z nas ten kłopotliwy obowiązek, za co jestem im szczerze wdzięczna, chociaż uważam, że powinni zrobić to nieco wcześniej.

Mam zatem przed sobą dwa tygodnie z moimi synami w domu, co oznacza trzy posiłki dziennie i znoszenie nieustannego gadania obu panów. Bosko. Świetny prezent urodzinowy…

A tak poważnie, nurtuje mnie jedna kwestia: co mają zrobić rodzice niesamodzielnych autystów starszych niż osiem lat? Bo wszystko pięknie, ale nie dostaną zwolnienia na takie dziecko. A dziecko samo w domu zostać nie może.

Tu wracamy do mojego stałego punktu programu, jakim jest tłumaczenie niektórym wybitnie inteligentnym jednostkom, przez lata serwującym mi z upodobaniem teksty w rodzaju: „Może byś wreszcie poszła do jakiejś pracy?”, albo „Długo jeszcze zamierzasz tak się opierdzielać w domu?”, że sytuacja Matki Autysty nieco odbiega od standardowej. Kwarantanna jest tego przykładem, chociaż na co dzień zwracam raczej uwagę na ferie, wakacje i dni wolne od zajęć. I jakoś niestety nie dociera.

Pfff… No wkurzyłam się, ale sądzę, że to takie wkurzenie całościowe. Podsumowujące ostatnie tygodnie niepewności: pojedziemy – nie pojedziemy? Odwoływać – nie odwoływać? Tu matka urządza histerię, tam siostra sarka, że jesteśmy idiotkami, a jej nikt mieszkający tysiąc kilometrów od Turynu nie będzie mówić, czy jest jakaś epidemia, czy nie. Kuba rączki zaciera, że nie musi jechać. Piter rozdarty chęcią wyjazdu i finansowym ściskiem dupy. BlueBoy z nosem na kwintę, bo co ze śniadaniem w Giaveno. Oszaleć można.

No więc wrzód na dupie został przecięty. Nikt nigdzie nie jedzie. Na dodatek przez dwa tygodnie siedzimy w domu. Całe szczęście, że mamy ten dom. I każdy swój pokój. I jeszcze jakieś książki, filmy oraz kilka planszówek. Inaczej byśmy chyba zwariowali śledząc w Internecie coraz to bardziej dramatyczne relacje.

Jeszcze jakby przestało tak wiać, to by można było iść na spacer z psem…

BREAKING NEWS
Piter od jutra pracuje na home office. No to mamy komplecik.

© 2020, Jo.. All rights reserved.