Ty mi na Jasieczka nic nie mów!

Z nienormalną przyjemnością zabrałam się rano za prasowanie. Bo co by tu rzec: niedzielę mieliśmy dość wyczerpującą emocjonalnie. A prasowanie, jakie jest, każdy wie: morze nudy i monotonnych czynności. Niemal jak medytacja.

Zaczęło się od miłej awantury przy gofrach z truskawkami i bitą śmietaną. Tak, wiem że mamy marzec i o tej porze truskawki śmierdzą olejem lotniczym, ale trzeba było sprawdzić, czy się nadadzą.

Kuba jak zwykle wyjechał z Teletubisiami. BlueBoy jak zwykle wydarł na niego o to pysk. Tradyszyn.

Kiedy emocje nieco opadły, uznałam za stosowne przygotować paniczów na ewentualną zmianę planów. Bo – jak większość z was już wie do przysłowiowego wyrzygu – autyści słabo (uwaga! eufemizm!) znoszą wszelkie zmiany, a już w szczególności zmiany czegoś, co było planowane miesiącami. Na dodatek z pokonywaniem oporu, próbami przekupstwa i powoływaniem się na „cała rodzina tam będzie”. A tu właśnie skoro świt dotarła do nas informacja i objęciu czerwoną strefą Mediolanu…

– Chłopcy… – zaczęłam kojąco-beztroskim głosem – jak wiecie we Włoszech jest epidemia i być może zaistnieje taka sytuacja, że będziemy musieli zmienić plany…
– Nie jedziemy do Włoch z powodu epidemii?! – podsumował z wielkim zadowoleniem Kuba.

Łał. On potrafi odpowiedzieć całym zdaniem.

Potem wyszliśmy na spacer z psem, który ma ADHD. Oraz szukaliśmy myszy, zostawiającej ślady w… kuchni… Raczej nie jest to ta sama, co w garażu, bo nie ma przejścia, ale obejrzeliśmy kuchnię centymetr po centymetrze i nie możemy znaleźć miejsca, którym by się do tej kuchni dostawała…

No i najlepsze zostawiłam na koniec. BlueBoy ma pracę domową z polskiego. Pewnie i z innych przedmiotów, ale jakoś nie wyrywam się pytać. Bo (jak już wspominałam) BB chodzi do liceum, w którym prace domowe zadawane są na zaliczenie, raz w miesiącu. I jest to wielki dramat, darcie szat i w ogóle powód do ogłoszenia żałoby narodowej.

Mamy zatem tę pracę domową i taką konwersację:

– Przecież ja nie umiem tego napisać.
– Dziecko, właśnie dlatego, że nie umiesz, musisz usiąść i pisać. Żeby się nauczyć.
– Ja tego nigdy nie zrobię
– Z pewnością skupianie się na tym, że „nie umiesz”, a nie na „jak to zrobić” niewiele ci pomoże.
– No jasne. Bo ty nie możesz mi pomóc. Przez ciebie dostanę jedynkę!

Jest to oczywiście wredny szantaż, a „pomóc” oznacza „podyktować, to może łaskawie napiszę”, więc z naszej strony wyrosła granitowa skała oporu. Na to dziecko strzeliło focha, którego mogłaby mu pozazdrościć Madre i przed dwa dni ostentacyjnie omijało pracę domową wielkim łukiem, a na wczorajszą poranną sugestię Pitera, że może oglądanie telewizji, kiedy ma się do zrobienia lekcje, nie jest najlepszym pomysłem, rąbnęło awanturą pod tytułem „Jest niedziela!”, po czym przyszedł do mnie z pytaniem, od którego punktu chcę zacząć.

Nooo, kochani…

Kilkanaście godzin później przeczołgany BlueBoy był nadal w czarnej dupie, my powoli kończyliśmy działalność i nieco byliśmy zirytowani świadomością, że jeśli mu z tym polskim trochę nie pomożemy, to potem będziemy musieli wyciągać go z tej jedynki, co stawiało nas w sytuacji nieco patowej. A, i odkryłam, że przez tych kilkanaście godzin mój wybitnie uzdolniony syn pisał zupełnie nie na zadany temat.

Na pełnym wkurwie kazałam gówniarzowi przyjść do mojego pokoju, z podręcznikiem i komputerem. O ósmej wieczorem siedliśmy do tej pracy domowej i bynajmniej nie zamierzałam mu dyktować, co ma pisać.

Była to droga przez mękę, ale zawzięłam się, że będę za niego myśleć. Natomiast dobrze wiedziałam, co oznacza próba zmuszenia mojego syna do przeanalizowania czegokolwiek, co nie jest motywacją któregoś z Avengersów… I tego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Nie udało się.

Skończyliśmy bardzo późnym wieczorem. Charakterystyka Rzeckiego oraz analiza (z „Jak to rozumiesz?” – tak, też się uśmiałam… nadal turlam się po podłodze…) mechanicznej pomara znaczy opisu zabawy mechanicznymi figurkami została jedynie zaznaczona. Przy tym, co zrobiliśmy, szkic jest epopeją. Ale BB może dziś pojechać do szkoły z czymkolwiek i poprosić nauczyciela, żeby nie stawiał mu pały, tylko przedłużył czas oddania pracy do końca tygodnia. Wtedy mógłby na czwartkowych zajęciach z reedukacji, popracować z nauczycielem nad rozbudowaniem naszego… naszych… No tego, co wczoraj udało mi się z niego wydusić.

A skąd taki tytuł wpisu? A zgadnijcie sobie.

© 2020, Jo.. All rights reserved.