8 marca

Jestem zdeklarowaną przeciwniczką Dnia Kobiet.

O ile w 1909 roku (bo Matronalia zostawiamy w spokoju – zresztą one miały inne znaczenie) miał on jakiś sens, bo trzeba było zmienić obowiązujące wówczas relacje społeczne, o tyle obchodzenie Dnia Kobiet w XXI wieku świadczy wyłącznie o tym, jak wiele pozostało jeszcze do zrobienia w zakresie równości.

Bo jest wiele. To to praca na każdy dzień każdego roku, a nie okazja do pomachania kwiatkiem ósmego marca. Bo jeśli poważnie traktujemy kobiety, to musimy przyjąć do wiadomości, że ich potrzeby (z powodu czy też racji bycia kobietą), są znacznie szersze niż jednodniowe świętowanie.

Dostęp do odpowiedniej opieki medycznej. Płace wynikające z posiadającego wykształcenia i wiedzy, a nie uzależnione od tego, czy „pani planuje mieć dzieci”. Pomoc w opiece nad dziećmi (bo przecież wszystkie nasze są), umożliwiająca powrót do pracy. Wyrozumiałość, kiedy nastrój jeździ, jak pijany chomik w kołowrotku – bo na to naprawdę czasami nie ma tabletki. Codzienne dzielenie obowiązków – a nie, że raz w roku syn wyniesie śmieci a mąż zrobi kolację. Umożliwienie rozwijania własnych zainteresowań (bo w wielu społecznościach nadal priorytetem kobiet jest dbanie o dom i rodzinę kosztem siebie).

Mogłabym tak wyliczać długo jeszcze, ale generalnie chodzi mi o to, że jeśli Dzień Kobiet ma czemuś służyć, a nie być tylko kolejnym idiotycznym świętem, nie wystarczy mu być jednym dniem w roku. I jeśli kiedyś tak się właśnie stanie, to ósmego marca będę mogła iść na kawę, bez zgrzytania zębami.

© 2020, Jo.. All rights reserved.