Demolition dog

Ostatni dzień kwarantanny. Od jutra wychodzimy z naszym nadaktywnym psychoruchowo bulldżekiem na dwór, więc postanowiłam z tej okazji podzielić się z wami kilkoma refleksjami.

Nie jest to pierwszy szczeniak w moim życiu, więc niby teoretycznie coś tam wiedziałam. Zonk! Teoria roweru nie ma tu kompletnie żadnego zastosowania. Wszystko jest inne i wszystkiego trzeba uczyć się od nowa.

Na przykład taka kuweta dla szczeniaka. Nie chcę zgłębiać różnic między kotem a psem, ale koty od razu łapią, o co tu chodzi. Mój pies przez miesiąc nie załapał i raczej już tego nie zrobi. Ma swoje ulubione toaletowo miejsca, ale żadne z nich nie jest kuwetą. Owszem: podłoga pod drzwiami wejściowymi tuż obok kuwety. Że trzeba dzwonić do domu przed otwarciem drzwi, czy można. Albo przed oknem tarasowym (ładny widok, dużo miejsca, pani od razu sprząta i jeszcze można pobawić się papierowym ręcznikiem). Najbardziej chamskim zagraniem jest potraktowanie toaletowo jadalni, obowiązkowo kiedy wszyscy zasiedli do stołu, więc cara mia ląduje na ten niewdzięczny kwadrans w kojcu.

Kupiliśmy specjalne krople, mające zachęcić szczeniaka do sikania w określonym miejscu. Nie wiem, jak działają na Lunę, ale mnie wyganiają z pokoju. A co do rezultatu, to napisałam powyżej. Null. Nasz weterynarz jest zdziwiony, na bo na inne psy działa prawidłowo.

Budzące u mnie ciepłe uczucia pochłaniające wkłady do kuwety leżą nieużywane. Wykorzystamy je na podróże. O ile piesia ich nie zeżre w trakcie.

Bo piesia żre wszystko. W życiu nie widziałam tak niszczycielskiej siły. Kuba stracił nogawkę i kapcia, ja piżamę, Piter chodzi po domu w spodniach ogrodniczych. Fotele są w opłakanym stanie. Meble popodgryzane. Ściany takoż. że nie wspomnę o jednym przedłużaczu.

Jest to dla mnie nowość, bo żaden z moich psów niczego mi nigdy nie zniszczył. Maurycy przez 15 lat swojego życia podgryzł we wczesnym dzieciństwie starego kapcia i to wszystko. Tu mamy do czynienia z Czystą Destrukcją. Uprzedzę wykłady o nudzącym się szczeniaczku: ona nie zostaje sama w domu, żeby z nudów bawić się w termita. Cały czas ktoś z nią jest. A jak z nią jest, to nie ma innej opcji, jak poświęcać jej czas. Jest więc wybawiona i zaopiekowana. Ma zabawki, które od czasu do czasu nawet wzbudzają jej zainteresowanie, ale przegrywają w konkurencji z nogami krzeseł czy fotelami.

No właśnie, zabawki. Czasami potarmosi ośmiornicę lub stonogę. Podoba jej się kość z grzechotką. Czasami zamienia się w trzecią piłeczkę. Piłeczki tenisowe są OK, tylko tu jest za mało miejsca, żeby się porządnie rozpędzić.

Zresztą nie tylko krople na sikanie nie działają zgodnie z opisem producenta. Mamy też preparat, który ma chronić meble przed gryzienie. Bardzo Lunie smakuje.

Jej niemowlęca wyprawka obejmowała jeszcze kilka przedmiotów. Piękne posłanie (zeżarte w drugim tygodniu), transporter (używany póki co tylko do odwiedzania Cioci Doktor) i kojec. Na widok kojca, kilka osób zwymyślało mnie od nieczułych barbarzyńców. Jednak po wieloletnich doświadczeniach byliśmy przekonani, że kojec jest niezbędny. I nadal jesteśmy.

Kojec stoi pod schodami, w miejscu zacisznym, na podgrzewanej podłodze. Mieści Lunę, jej legowisko, wszystkie zabawki, matę i jeszcze zostaje miejsce na miskę z wodą. Początkowo stała w nim (na noc) kuweta, ale piesia od początku kuwetę ignorowała, więc ją wystawiliśmy do przedpokoju.

Luna wędruje do kojca na noc i wtedy, gdy wszyscy wychodzą z domu.

Oraz… kiedy nie możemy jej pilnować… Po doświadczeniu z przegryzionym kablem (włączonym do prądu), kiedy na moment wyszliśmy do kuchni wyłączyć gotujący się obiad, wolimy nie ryzykować.

No i jest jeszcze Kuba, którego Luna najbardziej atakuje i bez zamknięcia jej w kojcu nie byłby w stanie zjeść żadnego posiłku. Martwi mnie to, ale i tak bierzemy pod uwagę zajęcia z trenerem, więc jeśli nic się nie zmieni – dopiszemy ten punkt do listy spraw, nad którymi trzeba popracować. Zaraz obok histerycznego szczekania 😉

Luśka jest bardzo zdolna. Nieźle sobie radzi. Śpi całe noce. Robi sama siad, kiedy chce dać nam do zrozumienia, że czas na jej jedzenie. Jest bardzo towarzyska i dość odważna, co zapowiada ciekawą przyszłość.

Jest bezczelna, pyskata, inteligentna, przebiegła, musi być w centrum uwagi i ma ADHD.

Idealnie się wpasowała w naszą rodzinę.

Nic dodać, nic ująć. Cała ona.


Bulldżek – mój Jack Russell Terrier myśli, że jest Bullterrierem. Kim ja jestem, żeby mu zabronić? Ostatecznie miałam Goldenrotweillera, to i Bulldżeka wytrzymam.

Tak na wypadek przypomnę: teoria roweru mówi, że wyuczonej jazdy na rowerze nigdy się nie zapomina.

Goldenrotweillera wymyślił Pomez, usiłując wzbudzić bojowego ducha w naszym niezwykle ciapatym (od ciapa – ciamajda, niezguła, nie broń boże, że rasizm jakiś czy co) Maurycym.

Na wypadek mawia BlueBoy, z oszczędności nie używając „wszelki”. Weszło na stałe do domowego słownika.

© 2020, Jo.. All rights reserved.